Od ostatniego posta minęło trochę czasu. Wiele w tym czasie się wydarzyło zdarzeń rodzinnych i prywatnych, że nie wiem od czego zacząć. Jest różnorodność. Są momenty radości, smutku, płaczu, wyciszenia, zadowolenia, ale i bezsilności.
Zacznę od terapii. Jestem już na takim etapie w terapii, że spotkania są tylko z Panią na telefon w razie jakiejkolwiek potrzeby.
W tym czasie doszło do spotkania z rodzicami. Nie było to spotkanie zaplanowane, tak jak sobie to wyobrażałam, ale była to interwencja. Ojciec zaczął pić, zostawiał niepełnosprawną mamę bez jedzenia i pomocy. Na szczęście, Pani pielęgniarka z NFZ, która przychodzi do mamy codziennie i masuje ją natychmiast zadzwoniła do nas i powiedziała, jaka jest sytuacja. Pomogła mamie w sprawach codziennych do momenty naszego przyjazdu. Nie obyło się bez opieki społecznej i interwencji z ich strony. Sprawa była bardzo poważna, wymagała natychmiastowej pomocy mamusi i porozmawiania sobie z ojcem na temat jego zachowania i tego jak on to wszystko widzi.
Ojca problemy z alkoholem są od kiedy pamiętam, a pamiętam wszystko od 3 roku życia. To, że jest alkoholikiem, to wie każdy. Tylko nie on. Oczywiście on nie widzi w tym problemu, twierdząc, że go nie ma, bo przecież może nie pić 2 miesiące, 3 albo i 6 miesięcy. Tylko on nie wie o tym, że każdy alkoholik robi sobie takie przerwy, żeby właśnie w ten sposób myśleć, że przecież ja nie mam problemu, mogę nie pić, radzę sobie. Hahahah. Dobre, aż sama się z tego uśmiałem.
Tak więc, po ciężkiej walce ze sobą i na ratunek mamie, pojechałam tam. Cały czas czułam, jak serce mi drży i jak boję się tego, co tam zastanę.
Podwieźli mnie znajomi z Ursynowa. Zbliżając się do drzwi, serce prawie mi wyskoczyło. Ojca akurat nie było ( poszedł do sąsiadki, po rosół, dla mamy, sąsiadka zaproponowała, ale naprawdę sam chciał go zjeść, bo miał kaca, po tygodniu picia), była mama sama w pokoju, ciemnym jak w grobowcu. W domu był straszny bałagan. Ojciec kompletnie nie potrafi dbać o dom i nawet najmniejsze czynności strasznie go wkurzają. Ma poczucie, że on nie powinien się tym zajmować, że to go obraża i obniża jego męską wartość.
To kolejna cecha spychająca wszystko, co związane z domem na barki kobiety. Plus wychowywanie w czasach, gdzie to kobieta zajmowała się tylko domem, a mężczyzna nie potrafił nawet umyć podłogi. Ale to też z lenistwa, które chyba najmocniej wpływa na zachowanie ojca. Wszystko jest według niego ciężkie, trudne i jak on się męczy z tym wszystkim. Najsmutniejsze jest to, że to on sam wpędza się w to wszystko, bo jak się komuś czegoś nie chce, to nikogo nie zmusisz siłą, żeby się chciało. On nie chce nic zmienić, to ja też nie potrafię na niego wpłynąć. Jest to ciężki przypadek.
Wracając do mamy. Bardzo się ucieszyła, jak mnie zobaczyła. Dzień wcześniej, w nocy robiłam dla niej różne dania, bo wiedziałam, że nie będę miała na to czasu, bo czeka mnie odkopanie się z tego brudu i syfu, który ojciec zapuścił. Nie myliłam się. Pierwsze, co zrobiłam, to nakarmiłam mamę i zaczęłam obmyślać plan od czego zacząć i jak rozłożyć sobie plan działania na kolejne dni. Mieszkanie było porośnięte pajęczynami, brudem, wilgocią, porozrzucanymi ubraniami, które nie wiadomo, czy były czyste czy brudne. Jedno jest pewne, śmierdziały i do czystych wg mnie nie należały. W moim starym pokoju zaczęłam odgruzowywać to wszystko, żeby zrobić sobie miejsce na spanie, bo łóżka były całe zagracone i nie było gdzie palca włożyć.
Mam w sobie coś takiego, że w takich sytuacjach zawsze wzruszenie szło na drugi plan, a włączało się działanie. Tak było i teraz. Zaczęłam sprzątać. Skończyłam w nocy. Przetarłam szlaki. To nie był koniec, to był początek. Spędziłam tam 4 dni, jeszcze nigdy odkąd się od nich wyprowadziłam jako 19 - latka, nie byłam nigdy aż tak długo z nimi. Dłużej po prostu nie wytrzymywałam, bo kończyło się to na awanturze z ojcem. Teraz też by tak było, ale za każdym razem walczyłam ze sobą. Ojciec - też, dało się to zauważyć.
Sąsiadka przychodziła i wspierała mnie, żebym tylko nie zrobiła awantury ojcu, żeby go nie zaczepiać, nie prowokować. Próbowałam wykrzesać z siebie dużo miłości, choć miałam ochotę wydrzeć się na niego i okładać pięściami za to, jak się zachowuje i to, że ciągle są z nim problemy, że nie mam ochoty być jego matką, przyjeżdżać, bo jest interwencja, że mam tego wszystkiego dość, żeby dał mi święty spokój i już się do mnie nie odzywał.
Niestety, tak tylko mówiłam sobie w myślach, ale te cztery dni wytrzymałam dzięki sobie, tylko i wyłącznie, że nie próbowałam mu nic na siłę udowodnić i pokazać mu jaki jest chujowy. W sumie, to też mnie męczyło, bo musiałam się z nim obchodzić jak z jajkiem, a to moja mamusia jest najważniejsza. Najgorsze było to, że ojciec do tego swojego alkoholizmu i jakby skutkami tego ma nerwicę i jest strasznie nerwowy, wszystko go drażni i na dodatek nie może w nocy spać, więc włącza sobie telewizor do rana i wstaje o 5 i budzi wszystkich. To było tak męczące, że zwracałam mu za każdym razem uwagę dopiero drugiego dnia pozwolił przespać mi całą noc, bo oczywiście od 6 włączył znowu i na pewno słyszeli nas sąsiedzi na przestrzeni 2 km. Kupiłam mu tabletki na sen, ale dziad nie chce brać regularnie. To dodatkowe zmartwienie. Myślałam, żeby dorzucać mu do kiełbasy, to wtedy może zadziała i go wyciszy.
Mama rozkwitała przy mnie. Czuła się bezpieczna i zadbana. Umyłam ją, ubrałam ładnie. Cieszyła się. Wychodziliśmy na spacer. Miałam po całym dniu tyle w sobie energii, pomimo, że cały czas byłam na wysokich obrotach. To chyba adrenalina. Pilnowałam, żeby jadła co 3 godziny, dawałam jej dużo wody do picia, bo ona nie jest tego nauczona. Jedzenia też, nie chce, nie ma apetytu. Ojciec karmi ją tym, co sam lubi, a mama niekoniecznie to lubi, ale je, bo nie ma nic innego. Przez te jego jedzenia, ma cały czas zatwardzenia i problemy z wydalaniem. Po mojej wizycie nie miała takich problemów. Rozruszałam jej metabolizm bez łykania żadnych tabletek. Morał taki, że ja wiem, czego moja mama potrzebuje, ale nie mogę z nią być codziennie, bo fizycznie się tego nie da zrobić. Musiałbym rzucić pracę i tylko jej poświęcać czas. A tak niestety nie może być. Jedynie odwiedziny i pomoc tu i teraz.
Po czterech dniach, tuż przed wyjazdem do domu, zakończyłam cały cykl sprzątania, gotowania. Zrobiłam nawet im zapasy, ale ojciec i tak nie skorzysta z tego, bo jemu nawet ciężko ugotować kaszę, mamie. Jest to wysiłek okropny.
Zaznaczę, że mój ojciec ma 65 lat, mama 67, ale ojciec ma się świetnie. Nie choruje, jest sprawny fizycznie. tylko gdyby mu się bardziej chciało i znalazłaby sobie jakiś cel w życiu, byłoby mu łatwiej,
Pielęgniarka powiedziała mi, że tata ma chyba depresję. Że on sobie nie radzi z tym, że mama chora i teraz na niego to spływa.
No sorry, tato. Minęły dwa lata od choroby mamy, a Ty nadal mówisz, że sobie z tym nie radzisz? A kto sobie radzi? Musimy się dostosować do sytuacji, którą mamy, a nie jeszcze bardziej utrudniać sobie życie. Bo to, że Ty sobie nie radzisz i nikomu nie mówisz, a wtedy idziesz w cug na 2 tygodnie pić i nie liczysz się, że mama potrzebuje Cię, to sorry, nie ma dla mnie na to wytłumaczenia. Tak było zanim mama zachorowała. Zawsze uciekałeś od problemów i piłeś, zostawiając mamę z tym wszystkim. Teraz to Ty masz być głową rodziny, którą zawsze podkreślałeś. Bardzo mi przykro, ale w końcu musisz stać się dojrzały, odpowiedzialny. Nie ma ucieczki. Nie ma przerzucania odpowiedzialności na kogoś innego. Sam musisz się z tym zderzyć, a ja Ci pomogę, jeśli mnie poprosisz o pomoc.
Nie wspomniałam o interwencji. Drugiego dnia mojego pobytu u rodziców, pojawiła się opieka społeczna z delegacją i ta pielęgniarka. Ta sytuacja była dla mnie upokarzajaca i słowa, które padały, były tak mocne, że łzy cisnęły mi się na oczy, ale nie rozpłakałam się. Płakałam wieczorami. Tym razem, to ja słuchałam jak ojciec dostawał opierdziel, jak przepraszał i się kajał. To ja byłam rodzicem, a ja wcale nie chcę być, to nie moja rola, tato.
Wstyd mi było, że musiałam tego słuchać, że pojawiłam się u was, powiadomiona przez instytucje, że oddadzą mamę do ośrodka, jak Ty nie zaczniesz MYŚLEĆ. Że my jako dzieci musimy się poczuwać do obowiązku opiekowania się rodzicami. Oczywiście. Wszystko się zgadza. Ja bardzo chciałam, ale za każdym razem mnie obrażasz i wyzywasz. Ciągle krytykujesz. To dzięki tej interwencji, moje cztery dni okazały się znośne, bo obiecałeś przy nich, że nie obrazisz mnie i nie będziesz się wtrącał w to co robię i jak robię. Było to dla nas wyzwanie. Widziałam jak walczyłeś, ale tak powinna wyglądać relacja z dziećmi, jeśli Ty nie będziesz się starał, nie oczekuj, że ja będę wszystko tolerować, bo nie masz prawa mnie i mojego rodzeństwa krzywdzić.
Jeśli nie będziesz z nami współpracował, to wiele na tym stracisz, a na pewno ucierpi przez Ciebie mama, która nas potrzebuje.
Trochę skakałam po wątkach, ale mimo wszystko to był bardzo mocny i intensywny dla mnie czas. Po roku udało mi się zobaczyć z moja chorą mamą, za którą strasznie tęskniłam i ona tak samo. Jednym mogło by się wydawać, że jaką jestem złą córką, jak mogłam. Ale nie Tobie jest mnie oceniać.
To jeszcze nie koniec przygód, ale już samo pisanie o tym, strasznie zmęczyło, więc też na tym zakończę.
"Nie umiem pisać, ale jestem tego rodzaju debilem, który jeżeli czegoś nie umie, to go to strasznie wciąga. Lubię po prostu to, czego nie umiem, co jest nieznane." M.P.
Translate
poniedziałek, 21 sierpnia 2017
wtorek, 14 lutego 2017
Pukanie do drzwi
Pukanie do drzwi.
Tak nazwałam ten post. Może nie bez powodu. Już prawie cztery miesiące jestem na terapii.
Wydawać by się mogło, że jest coraz lepiej. Pierwszy miesiąc to totalny płacz, szloch, wkurw, agresja i żal do wszystkich, którzy znaleźli się w moim życiu.
Drugi był już pokorniejszy. Więcej rozmów, rozumienia, analizowania, zastanawiania się. Trzeci - pomyślałam, że zbliżam się do przebaczenia. Zaczęłam innym okiem patrzeć na rodziców na ich zachowania i na swoje - oczywiście.
Moje dzieciństwo, zaczęłam obserwować z innej strony. Już nie jako zapłakana dziewczynka, tylko jako dorosła kobieta. Tak mi się wydawało.
Za to ten obecny czas jest zupełnym powrotem do pierwszego miesiąca.
To bardzo ciekawe obserwacje.
Byłam już prawie pewna, że niedługo powinnam zakończyć terapię i odwiedzić mamę, mieć dystans do ojca, nie wkurwiać się na zaczepki ze strony ojca i siostry. Ale jednak nie. Jeszcze nie jestem gotowa. To wciąż jest we mnie tak głęboko, że wyszło ostatnio, że nie do końca pogodziłam się z chorobą mamy. Już nie jest taka jak kiedyś. Jest niepełnosprawna, a ja tęsknię za nią, jak była zdrowa i robiła mi obiady. Biegała wokół mnie i krzątała się po całym domu.
A teraz ona jest jak dziecko, którym trzeba się zaopiekować.
Płakałam.
Płakałam, bo sama jeszcze chciałabym, że ktoś się mną zaopiekował, ale ja już jestem dorosła i muszę się sama sobą zająć.
Wypadałoby się pogodzić z tym, że czasu nie można zatrzymać i trzeba doceniać to co się ma. A ja nie do końca doceniałam mamę, jak była zdrowa. tak bardzo mi źle z tym. Nie potrzebuję litości, wiem, że wtedy byłam rozwydrzonym bachorem.
Wkurzała mnie. I ta złość do mnie wróciła. Złość na matkę.
Zawsze coś robiła, gdy ją odwiedzałam. Gotowała, sprzątała albo była zmęczona i za mało jej było wtedy, kiedy jej potrzebowałam. Ona myślała, że jak ugotuję rosół, to spełnia swoje matczyne zadania. A jednak chyba nie o to w tym wszystkim chodzi. Nie o to. Chciałam mieć mamę. Jak moje koleżanki.
Mam mamę, ale w innym już krajobrazie. Chcę być mamą.
Tak nazwałam ten post. Może nie bez powodu. Już prawie cztery miesiące jestem na terapii.
Wydawać by się mogło, że jest coraz lepiej. Pierwszy miesiąc to totalny płacz, szloch, wkurw, agresja i żal do wszystkich, którzy znaleźli się w moim życiu.
Drugi był już pokorniejszy. Więcej rozmów, rozumienia, analizowania, zastanawiania się. Trzeci - pomyślałam, że zbliżam się do przebaczenia. Zaczęłam innym okiem patrzeć na rodziców na ich zachowania i na swoje - oczywiście.
Moje dzieciństwo, zaczęłam obserwować z innej strony. Już nie jako zapłakana dziewczynka, tylko jako dorosła kobieta. Tak mi się wydawało.
Za to ten obecny czas jest zupełnym powrotem do pierwszego miesiąca.
To bardzo ciekawe obserwacje.
Byłam już prawie pewna, że niedługo powinnam zakończyć terapię i odwiedzić mamę, mieć dystans do ojca, nie wkurwiać się na zaczepki ze strony ojca i siostry. Ale jednak nie. Jeszcze nie jestem gotowa. To wciąż jest we mnie tak głęboko, że wyszło ostatnio, że nie do końca pogodziłam się z chorobą mamy. Już nie jest taka jak kiedyś. Jest niepełnosprawna, a ja tęsknię za nią, jak była zdrowa i robiła mi obiady. Biegała wokół mnie i krzątała się po całym domu.
A teraz ona jest jak dziecko, którym trzeba się zaopiekować.
Płakałam.
Płakałam, bo sama jeszcze chciałabym, że ktoś się mną zaopiekował, ale ja już jestem dorosła i muszę się sama sobą zająć.
Wypadałoby się pogodzić z tym, że czasu nie można zatrzymać i trzeba doceniać to co się ma. A ja nie do końca doceniałam mamę, jak była zdrowa. tak bardzo mi źle z tym. Nie potrzebuję litości, wiem, że wtedy byłam rozwydrzonym bachorem.
Wkurzała mnie. I ta złość do mnie wróciła. Złość na matkę.
Zawsze coś robiła, gdy ją odwiedzałam. Gotowała, sprzątała albo była zmęczona i za mało jej było wtedy, kiedy jej potrzebowałam. Ona myślała, że jak ugotuję rosół, to spełnia swoje matczyne zadania. A jednak chyba nie o to w tym wszystkim chodzi. Nie o to. Chciałam mieć mamę. Jak moje koleżanki.
Mam mamę, ale w innym już krajobrazie. Chcę być mamą.
poniedziałek, 5 grudnia 2016
Rzeczywisty paradoks
Czwarte spotkanie.
Standardowo Pani terapeutka pyta mnie jakie mam przemyślenia po ostatniej wizycie i jak się czułam. Odpowiadam jej, że było mi bardzo smutno i płakałam przez całą drogę do pracy, ale jak już wróciłam do domu, to czułam się dużo lepiej niż ostatnio.
Ona twierdzi, że za każdym razem będzie lepiej, bo dużo z siebie wyrzucam i pracuję nad poprawą i zrozumieniem tego wszystkiego.
Między sesjami czytam książki, które mi poleciła. One naprawdę nakierowują mnie i wyjaśniają moje zachowania albo zachowania innych. Później jej o tym opowiadam i ona podejmuje temat w związku z moimim rozterkami.
Ja opowiadam jej, że np. zrozumiałam dlaczego mama tak się zachowywała- bo nie potrafiła inaczej. Że trochę zrobiło mi się szkoda ojca, bo miał ciężkie dzieciństwo, ale kto nie miał. Zresztą on sam mimo to, sprawił, że ja nie miałam lekko. Ale czasem mi go żal. Jak o tym mówiłam, to płakałam. Pani zapytała, czy czuję litość czy troskę. Chyba troskę, aż tak bardzo nie chcę się nad nim rozczulać.
Rozmawiamy dużo o moim rodzeństwie. Cały czas ta moja siostra krąży na kolejnych sesjach. Brat też. Tydzień temu wróciła z NYC i zaczęłam Pani Psycholog opowiadać jak z bratem umówiliśmy się, że ją odwiedzimy i przywitamy. Nie widzieliśmy jej prawie rok. Trochę się stęskniłam. Ja byłam pierwsza, on dojechał później. Uściskałam się z nią, pogratulowałam dobrego lotu i, że bezpiecznie wylądowała. Rozdzieliła prezenty, chwilę pogadałyśmy i zaczęło się robić nudno. Ona w telefon, ciągle odbierała telefony, a ja już nie mogłam się doczekać, kiedy przyjedzie po mnie Ukochany. Po chwili, przyjechał mój brat, wręczył nam róże. Byłam zaskoczona, ale już kiedyś dostałam od niego kwiaty. Podziękowałam i zaczęliśmy wspólnie rozmawiać.
Moja siostra zaczęła go wypytywać czy pije? ile już nie pije? Okazało się, że dwa tygodnie.
Później odwiedziła ją koleżanka i już nasza rozmowa została przerwana. Po jakimś czasie zebrałam się i wróciłam do domu. Brat jeszcze został. Po dwóch godzinach dzwoni siostra, piszę jego dziewczyna, że nie wrócił i chyba jest pijany. Tak brzmiał przez telefon.
Na co, ja, że ja tam nie wiem, co on robi, jest dorosły i mnie to za specjalnie nie interesuje.
Po raz pierwszy nie wybuchłam, nie zdenerwowałam się i nie zamartwiłam. Upił się, jego sprawa. Ja nie będę go kontrolować i zamartwiać się. Sorry.
Pani psycholog powiedziała, że jest poprawa, że jestem bardziej świadoma. Byłam z siebie dumna. Nawet. Powiedziałam jej, że chyba powoli udaje mi się ich odcinam i ja się odcinam. Ale ona mi powiedziała, że to może jeszcze trochę potrwać, ale jestem na dobrej drodze.
Pierwszy raz nie płakałam, nawet się śmiałam, bo to co się wydarzyło z tym moim bratem i znowu z tą samą sytuacją, że to już zaczyna być zabawne. Przestaje mnie ruszać tak jak kiedyś.
Czułam się lekka i z dobrym nastawianiem.
Zadzwoniłam do swojego narzeczonego, pochwalić się swoimi osiągnięciami.
W domu czekała na mnie kolacja. Piliśmy winko, rozmawiało się przyjemnie do momentu kiedy zadzwoniła moja siostra.
Przez chwilę był spokój nagle z łazienki, w której z nią gadałam zaczęłam się drzeć i przekszywkiwać. Wpadałam w szał i złość. Rozłączyłam się.
Mój chłopak nie wiedział co się dzieje. A ja, że jednak jeszcze nie zaakceptowałam do końca rzeczywistości i mojego rodzeństwa, bo nadal wpadam w szał i złość.
Oczywiście poszło o głupotę. Moja siostra standardowo zaczęła mi coś wmawiać. Absolutnie nie znając mnie i sytuacji, ale oczywiście ona wie najlepiej.
I tak było cały czas.
Moje jest najmojsze.
Standardowo Pani terapeutka pyta mnie jakie mam przemyślenia po ostatniej wizycie i jak się czułam. Odpowiadam jej, że było mi bardzo smutno i płakałam przez całą drogę do pracy, ale jak już wróciłam do domu, to czułam się dużo lepiej niż ostatnio.
Ona twierdzi, że za każdym razem będzie lepiej, bo dużo z siebie wyrzucam i pracuję nad poprawą i zrozumieniem tego wszystkiego.
Między sesjami czytam książki, które mi poleciła. One naprawdę nakierowują mnie i wyjaśniają moje zachowania albo zachowania innych. Później jej o tym opowiadam i ona podejmuje temat w związku z moimim rozterkami.
Ja opowiadam jej, że np. zrozumiałam dlaczego mama tak się zachowywała- bo nie potrafiła inaczej. Że trochę zrobiło mi się szkoda ojca, bo miał ciężkie dzieciństwo, ale kto nie miał. Zresztą on sam mimo to, sprawił, że ja nie miałam lekko. Ale czasem mi go żal. Jak o tym mówiłam, to płakałam. Pani zapytała, czy czuję litość czy troskę. Chyba troskę, aż tak bardzo nie chcę się nad nim rozczulać.
Rozmawiamy dużo o moim rodzeństwie. Cały czas ta moja siostra krąży na kolejnych sesjach. Brat też. Tydzień temu wróciła z NYC i zaczęłam Pani Psycholog opowiadać jak z bratem umówiliśmy się, że ją odwiedzimy i przywitamy. Nie widzieliśmy jej prawie rok. Trochę się stęskniłam. Ja byłam pierwsza, on dojechał później. Uściskałam się z nią, pogratulowałam dobrego lotu i, że bezpiecznie wylądowała. Rozdzieliła prezenty, chwilę pogadałyśmy i zaczęło się robić nudno. Ona w telefon, ciągle odbierała telefony, a ja już nie mogłam się doczekać, kiedy przyjedzie po mnie Ukochany. Po chwili, przyjechał mój brat, wręczył nam róże. Byłam zaskoczona, ale już kiedyś dostałam od niego kwiaty. Podziękowałam i zaczęliśmy wspólnie rozmawiać.
Moja siostra zaczęła go wypytywać czy pije? ile już nie pije? Okazało się, że dwa tygodnie.
Później odwiedziła ją koleżanka i już nasza rozmowa została przerwana. Po jakimś czasie zebrałam się i wróciłam do domu. Brat jeszcze został. Po dwóch godzinach dzwoni siostra, piszę jego dziewczyna, że nie wrócił i chyba jest pijany. Tak brzmiał przez telefon.
Na co, ja, że ja tam nie wiem, co on robi, jest dorosły i mnie to za specjalnie nie interesuje.
Po raz pierwszy nie wybuchłam, nie zdenerwowałam się i nie zamartwiłam. Upił się, jego sprawa. Ja nie będę go kontrolować i zamartwiać się. Sorry.
Pani psycholog powiedziała, że jest poprawa, że jestem bardziej świadoma. Byłam z siebie dumna. Nawet. Powiedziałam jej, że chyba powoli udaje mi się ich odcinam i ja się odcinam. Ale ona mi powiedziała, że to może jeszcze trochę potrwać, ale jestem na dobrej drodze.
Pierwszy raz nie płakałam, nawet się śmiałam, bo to co się wydarzyło z tym moim bratem i znowu z tą samą sytuacją, że to już zaczyna być zabawne. Przestaje mnie ruszać tak jak kiedyś.
Czułam się lekka i z dobrym nastawianiem.
Zadzwoniłam do swojego narzeczonego, pochwalić się swoimi osiągnięciami.
W domu czekała na mnie kolacja. Piliśmy winko, rozmawiało się przyjemnie do momentu kiedy zadzwoniła moja siostra.
Przez chwilę był spokój nagle z łazienki, w której z nią gadałam zaczęłam się drzeć i przekszywkiwać. Wpadałam w szał i złość. Rozłączyłam się.
Mój chłopak nie wiedział co się dzieje. A ja, że jednak jeszcze nie zaakceptowałam do końca rzeczywistości i mojego rodzeństwa, bo nadal wpadam w szał i złość.
Oczywiście poszło o głupotę. Moja siostra standardowo zaczęła mi coś wmawiać. Absolutnie nie znając mnie i sytuacji, ale oczywiście ona wie najlepiej.
I tak było cały czas.
Moje jest najmojsze.
piątek, 25 listopada 2016
Bezdech dziecka.
Trzecie spotkanie.
Pyta mnie czy mam przemyślenia po ostatniej wizycie i jak się czułam i czuję.
- Nijak. Odpowiadam.
Choć te książki, które mi Pani poleciła trochę mi pomogły.
- Którą książkę Pani przeczytała?- zapytała.
- Toksyczni rodzice. Przeczytałam całą.
- Czy ta książka jakoś Pani pomogła zrozumieć pewne sprawy?- dodała.
- Tak, znalazłam tam siebie i historie podobne do moich. Już znam pojęcie toksycznych rodziców. wiem, co nimi kierowało i dlaczego tak a nie inaczej traktowali mnie, a dziś ja myślę o sobie. Zaczęłam czytać tę drugą. Koniec współuzależnienia. Ona pewnie też będzie miała dla mnie kilka odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Jestem po pierwszym rozdziale, ale już znalazłam w nim informację, że 'współuzależnienie' są bardziej chorzy niż "uzależnieni". Kontrolowanie, zamartwianie się. Życie ich życiem, a nie swoim. Brak odzielenia się od nich i ich problemów. Wyrzuty sumienia za każdym razem jak nie uda się zapanować nad sytuacją. Obsesyjne sprawdzanie i analizowanie. Tak, to wyczytałam i ja to mam. Była tam wzmianka o kobiecie, która umarła w wieku 33 na "starość". Zz dużo stresu i współuzależnienie ją zabiło. Ja nie chcę tak żyć.
Podsumowała to, że to dopiero początek jak będę zauważać coraz więcej w sobie tego, że nie mam kontroli nad swoim życiem i jak będę ją odzyskiwać to moje życie będzie się diametralnie zmieniało.
Jak tylko zacznę słuchać swojej intuicji, która jest przygaszona innymi, którzy odebrali mi moje własne zdanie i myślenie poprzez narzucanie "swoich" prawd.
Moje życie, emocje, uczucia powoli zaczną być tylko moje. Niczyje inne. jakie to musi być cudowne. Ciekawa jestem tego wszystkiego.
Po chwili zapytała mnie.
- Za co Pani ma największy żal do taty?
Zaczęłam płakać. Nie mogłam wydusić z siebie słowa. Po chwili jednak cicho i drżącym głosem wydusiłam kilka słów.
- Za to, że nas zostawił, za to, że nie był taki prawdziwy tata, że na mnie krzyczał, że mnie nie przytulał, że nie kochał, że pił. Dużo tego jest.
- Ma Pani dużo żalu i złości dla taty. - podsumowała moje dukanie.
- A na 100 % ile Pani dałaby tacie za pozytywne chwile jakie Pani z nim miała?
Znowu zaczęłam płakać. Dusiło mnie gardle, zaczęła mnie boleć głowa. Czułam, że puchnę.
- 40%, ale nie jestem pewna, czy ja sobie tego nie wymyśliłam, czy ja bym tyle chciała mieć. Ale wydaje mi się, że 20/100. Tak, zostanę przy 20%.
Zaczęłam jej opowiadać o tych 20% dobrych chwil z moim ojcem.
- Czyli nie jest to 0%, jest 20% to dużo. To naprawdę dużo.
- Dla mnie nie, dla mnie to bardzo mało - dodałam ciągle płacząc.
- Pani Marto, teraz Pani tego nie rozumie, ale na kolejnych sesjach będę Pani wyjaśniała, że to jednak bardzo dużo. Czyli ma Pani też dobre wspomnienia z ojcem.
Jak zaczęła mi to wyjaśniać i analizować nie rozumiałam jej. Chciałam krzyczeć, że przecież to jest nic. To nic a porównaniu z stuprocentowym zadowoleniem.
Pyta mnie czy mam przemyślenia po ostatniej wizycie i jak się czułam i czuję.
- Nijak. Odpowiadam.
Choć te książki, które mi Pani poleciła trochę mi pomogły.
- Którą książkę Pani przeczytała?- zapytała.
- Toksyczni rodzice. Przeczytałam całą.
- Czy ta książka jakoś Pani pomogła zrozumieć pewne sprawy?- dodała.
- Tak, znalazłam tam siebie i historie podobne do moich. Już znam pojęcie toksycznych rodziców. wiem, co nimi kierowało i dlaczego tak a nie inaczej traktowali mnie, a dziś ja myślę o sobie. Zaczęłam czytać tę drugą. Koniec współuzależnienia. Ona pewnie też będzie miała dla mnie kilka odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Jestem po pierwszym rozdziale, ale już znalazłam w nim informację, że 'współuzależnienie' są bardziej chorzy niż "uzależnieni". Kontrolowanie, zamartwianie się. Życie ich życiem, a nie swoim. Brak odzielenia się od nich i ich problemów. Wyrzuty sumienia za każdym razem jak nie uda się zapanować nad sytuacją. Obsesyjne sprawdzanie i analizowanie. Tak, to wyczytałam i ja to mam. Była tam wzmianka o kobiecie, która umarła w wieku 33 na "starość". Zz dużo stresu i współuzależnienie ją zabiło. Ja nie chcę tak żyć.
Podsumowała to, że to dopiero początek jak będę zauważać coraz więcej w sobie tego, że nie mam kontroli nad swoim życiem i jak będę ją odzyskiwać to moje życie będzie się diametralnie zmieniało.
Jak tylko zacznę słuchać swojej intuicji, która jest przygaszona innymi, którzy odebrali mi moje własne zdanie i myślenie poprzez narzucanie "swoich" prawd.
Moje życie, emocje, uczucia powoli zaczną być tylko moje. Niczyje inne. jakie to musi być cudowne. Ciekawa jestem tego wszystkiego.
Po chwili zapytała mnie.
- Za co Pani ma największy żal do taty?
Zaczęłam płakać. Nie mogłam wydusić z siebie słowa. Po chwili jednak cicho i drżącym głosem wydusiłam kilka słów.
- Za to, że nas zostawił, za to, że nie był taki prawdziwy tata, że na mnie krzyczał, że mnie nie przytulał, że nie kochał, że pił. Dużo tego jest.
- Ma Pani dużo żalu i złości dla taty. - podsumowała moje dukanie.
- A na 100 % ile Pani dałaby tacie za pozytywne chwile jakie Pani z nim miała?
Znowu zaczęłam płakać. Dusiło mnie gardle, zaczęła mnie boleć głowa. Czułam, że puchnę.
- 40%, ale nie jestem pewna, czy ja sobie tego nie wymyśliłam, czy ja bym tyle chciała mieć. Ale wydaje mi się, że 20/100. Tak, zostanę przy 20%.
Zaczęłam jej opowiadać o tych 20% dobrych chwil z moim ojcem.
- Czyli nie jest to 0%, jest 20% to dużo. To naprawdę dużo.
- Dla mnie nie, dla mnie to bardzo mało - dodałam ciągle płacząc.
- Pani Marto, teraz Pani tego nie rozumie, ale na kolejnych sesjach będę Pani wyjaśniała, że to jednak bardzo dużo. Czyli ma Pani też dobre wspomnienia z ojcem.
Jak zaczęła mi to wyjaśniać i analizować nie rozumiałam jej. Chciałam krzyczeć, że przecież to jest nic. To nic a porównaniu z stuprocentowym zadowoleniem.
piątek, 18 listopada 2016
Będę twoją panią.
Drugie spotkanie.
Wizyta odbyła się o godzinie ósmej. Myślałam, że nie wstanę, bo jednak do rannych ptaszków nie należę.
Zapytała mnie, czy po ostaniej wizycie mam jakieś przemyślenia.
Stwierdziłam, że chyba o czymś myślałam.
Np.
- nie matkować!
- nie oceniać!
- nie doradzać!
To oczywiście dotyczy mojej rodziny, którą mamy się zająć.
Na niej się skupiamy. Ale i nie tylko. Znajomi też. Te wszystkie hasła z "nie" są celowe, bo siostra, brat i rodzice wciągają mnie w swoje problemy, a ja denerwuję się i strasznie to przeżywam. Ja się o nich troszczę jak matka i czuję się bezsilna jak nie potrafię im doradzić i zrobić za nich wszystkiego.
Matka Polka. Wszystkie dzieci moje są.
- "Proszę Pani, to właśnie o to chodzi, żeby Panią od nich odciąć. Oni są dorośli, Pani też. Nie może Pani ponosić za nich odpowiedzialności. Pani jest dorosła i musi sama o siebie zadbać. Nie może żyć Pani ich życiem.
Też mi się tak wydawało. Dlaczego mimo to czuję wyrzuty sumienia? - Bo oni je we mnie wzbudzają. Jestem ich ofiarą. Wylewają na mnie swoje kontenery.
Po pewnej chwili Pani psycholog dodała.
-"Ma Pani bardzo toksyczną relację z siostrą. Chciała, żeby Pani była jej na własność. Nie akceptowała i nie szanowała Pani decyzji z góry twierdząc, że są złe. Nie pozwalała Pani być sobą. Wyśmiewała się z Pani. Zazdrościła Pani.
Kolejna sprawa. Czy nadal chce Pani ratować brata? czy to ma sens? On powinien być już odpowiedzialny za siebie. Jeśli Panią poprosi o pomoc i Pani będzie sie z tym dobrze czuła, nie będzie to kolidowała z Pani uczuciami i komfortem, to niech Pani pomaga. A jeśli coś będzie niedobre i będzie Pani robiła wbrew sobie, bo robię to ze względu na to, że to mój brat. To proszę nie robić tego. Słuchać siebie. To też tyczy się innych członków rodziny jak i znajomych.
Ja nie lubię swojej rodziny. Oni mnie denerwują, dołują, dobijają. Nie chcę ich znać. Wstydzę się ich.
- "skoro uważa Pani, że chce ograniczyć z nimi kontakt, to niech Pani tak robi, jak czuje. Po skończonej terapii, będzie Pani wtedy mogła RACJONALNIE stwierdzić, czy chce Pani z nimi utrzymywać kontakt czy nie i na jakich zasadach.
Czas nam się kończy. Widzimy się za tydzień.
Podsumowała i czas się dla nas skończył.
Do zobaczenia w czwartek.
Wizyta odbyła się o godzinie ósmej. Myślałam, że nie wstanę, bo jednak do rannych ptaszków nie należę.
Zapytała mnie, czy po ostaniej wizycie mam jakieś przemyślenia.
Stwierdziłam, że chyba o czymś myślałam.
Np.
- nie matkować!
- nie oceniać!
- nie doradzać!
To oczywiście dotyczy mojej rodziny, którą mamy się zająć.
Na niej się skupiamy. Ale i nie tylko. Znajomi też. Te wszystkie hasła z "nie" są celowe, bo siostra, brat i rodzice wciągają mnie w swoje problemy, a ja denerwuję się i strasznie to przeżywam. Ja się o nich troszczę jak matka i czuję się bezsilna jak nie potrafię im doradzić i zrobić za nich wszystkiego.
Matka Polka. Wszystkie dzieci moje są.
- "Proszę Pani, to właśnie o to chodzi, żeby Panią od nich odciąć. Oni są dorośli, Pani też. Nie może Pani ponosić za nich odpowiedzialności. Pani jest dorosła i musi sama o siebie zadbać. Nie może żyć Pani ich życiem.
Też mi się tak wydawało. Dlaczego mimo to czuję wyrzuty sumienia? - Bo oni je we mnie wzbudzają. Jestem ich ofiarą. Wylewają na mnie swoje kontenery.
Po pewnej chwili Pani psycholog dodała.
-"Ma Pani bardzo toksyczną relację z siostrą. Chciała, żeby Pani była jej na własność. Nie akceptowała i nie szanowała Pani decyzji z góry twierdząc, że są złe. Nie pozwalała Pani być sobą. Wyśmiewała się z Pani. Zazdrościła Pani.
Kolejna sprawa. Czy nadal chce Pani ratować brata? czy to ma sens? On powinien być już odpowiedzialny za siebie. Jeśli Panią poprosi o pomoc i Pani będzie sie z tym dobrze czuła, nie będzie to kolidowała z Pani uczuciami i komfortem, to niech Pani pomaga. A jeśli coś będzie niedobre i będzie Pani robiła wbrew sobie, bo robię to ze względu na to, że to mój brat. To proszę nie robić tego. Słuchać siebie. To też tyczy się innych członków rodziny jak i znajomych.
Ja nie lubię swojej rodziny. Oni mnie denerwują, dołują, dobijają. Nie chcę ich znać. Wstydzę się ich.
- "skoro uważa Pani, że chce ograniczyć z nimi kontakt, to niech Pani tak robi, jak czuje. Po skończonej terapii, będzie Pani wtedy mogła RACJONALNIE stwierdzić, czy chce Pani z nimi utrzymywać kontakt czy nie i na jakich zasadach.
Czas nam się kończy. Widzimy się za tydzień.
Podsumowała i czas się dla nas skończył.
Do zobaczenia w czwartek.
Wariatkowo emocjonalne.
Pierwsze spotkanie.
Przedstawiła się, powiedziała czym się zajmuje. Później była kolej na mnie.
- "Niech mi Pani coś opowie o sobie"- zapytała.
Hmm. Powiedziałam, że bardzo nie lubię opowiadać o sobie, bo to takie "dziwne pytanie?". Co tu mówić w sumie. Opowiadałam o tym, jak zaczęłam się rozwijać, jakiego mam cudownego narzeczonego i jak dobrze się razem ze sobą czujemy. Że w pracy dobrze, choć wcześniej się nie czułam w niej dobrze. Dopiero po roku się odnalazłam i rzeczywiście dogadujemy się. Z szefową. Z innymi też, choć nikt nikogo nie osacza, nie dopytuje. Mamy swoje przestrzenie, które nam odpowiadają.
- "Skoro tak dobrze Pani opowiedziała o sobie, o pracy, Ukochanym, to teraz może coś o Pani rodzinie?"- dodała.
RODZINA.
Na sam wydźwięk tego słowa aż mnie ścisnęło gardło. Zaczęłam mówić i nagle dopadł mnie ścisk gardła, uderzenie gorąca i płacz. Gorzki płacz. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Po chwili zaczęłam jej opowiadać. Po kolei. Mojej kolei.
Mama, ojciec, siostra, brat.
Nagle odezwała się i wtrąciła.
-"słyszę i widzę po Pani, że temat rodziny bardzo na Panią wpłynął. Wcześniej jak Pani mówiła o pracy, życiu osobistym tryskała Pani energia, a tutaj...Mocno Pani to przeżywa. Po chwili. Mamy do przerobienia temat rodziny.
Rodzina. Z czym mi się kojarzy? - raczej z niczym przyjemnym. Synchroniczny stres, lęk, złość, agresja, niepokój. Chłód, zimno. Uciekanie do sąsiadów. Brak snu. Brak jedzenia. Stare ubrania. Poczucie winy, kula u nogi. Żałuję, że się urodziłam.
Sporo mamy do przepracowania. W sumie każdego członka Pani rodziny, bo z każdym łączą Panią silne emocje. Obarczyli Panią strasznym ciężarem. Jeszcze ojciec pijący, a Pani współuzależniona.
Mama to też będzie oddzielny wątek i na dłuższą rozmowę.
Ukochana rodzino! - tak to ironia. Nie wiem jakie będą nasze losy, ale koniec może być dla nas różny.
Pozdrawiam Was serdecznie,
Wasza Osin.
Przedstawiła się, powiedziała czym się zajmuje. Później była kolej na mnie.
- "Niech mi Pani coś opowie o sobie"- zapytała.
Hmm. Powiedziałam, że bardzo nie lubię opowiadać o sobie, bo to takie "dziwne pytanie?". Co tu mówić w sumie. Opowiadałam o tym, jak zaczęłam się rozwijać, jakiego mam cudownego narzeczonego i jak dobrze się razem ze sobą czujemy. Że w pracy dobrze, choć wcześniej się nie czułam w niej dobrze. Dopiero po roku się odnalazłam i rzeczywiście dogadujemy się. Z szefową. Z innymi też, choć nikt nikogo nie osacza, nie dopytuje. Mamy swoje przestrzenie, które nam odpowiadają.
- "Skoro tak dobrze Pani opowiedziała o sobie, o pracy, Ukochanym, to teraz może coś o Pani rodzinie?"- dodała.
RODZINA.
Na sam wydźwięk tego słowa aż mnie ścisnęło gardło. Zaczęłam mówić i nagle dopadł mnie ścisk gardła, uderzenie gorąca i płacz. Gorzki płacz. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Po chwili zaczęłam jej opowiadać. Po kolei. Mojej kolei.
Mama, ojciec, siostra, brat.
Nagle odezwała się i wtrąciła.
-"słyszę i widzę po Pani, że temat rodziny bardzo na Panią wpłynął. Wcześniej jak Pani mówiła o pracy, życiu osobistym tryskała Pani energia, a tutaj...Mocno Pani to przeżywa. Po chwili. Mamy do przerobienia temat rodziny.
Rodzina. Z czym mi się kojarzy? - raczej z niczym przyjemnym. Synchroniczny stres, lęk, złość, agresja, niepokój. Chłód, zimno. Uciekanie do sąsiadów. Brak snu. Brak jedzenia. Stare ubrania. Poczucie winy, kula u nogi. Żałuję, że się urodziłam.
Sporo mamy do przepracowania. W sumie każdego członka Pani rodziny, bo z każdym łączą Panią silne emocje. Obarczyli Panią strasznym ciężarem. Jeszcze ojciec pijący, a Pani współuzależniona.
Mama to też będzie oddzielny wątek i na dłuższą rozmowę.
Ukochana rodzino! - tak to ironia. Nie wiem jakie będą nasze losy, ale koniec może być dla nas różny.
Pozdrawiam Was serdecznie,
Wasza Osin.
piątek, 23 września 2016
#Czarny protest
Chciałam się odnieść do tego, co ostatnio dzieje się w Polsce i jak Rząd próbuje decydować za nas, za kobiety. Dotyka mnie to nie dlatego, że jestem kobietą, ale mam w tym swój osobisty udział.
Nie tylko Rząd, wie co dla kobiet jest najlepsze, ale jak zauważyłam w internecie (pełno różnych komentarzy pod manifestacją) również kobiety, mężczyźni, Kościół, lekarze - przeważnie ginekolodzy.
Już jako mała dziewczynka, widziałam jak traktowane są w mojej rodzinie kobiety. Dziadek konserwatywne poglądy, jego synowie, czyli bracia mojej mamy, jak i mój ojciec.
Nie podobało mi się to. czułam w tym niesprawiedliwość choć nie wiedziałam, co to jest.
Nie lubiłam i złościłam się, jak dziadek traktuje babcie, jak mój ojciec mamę i jak mój wujek ciocię. Kobieta była bez swojego zdania, miała określone zasady.
Babcia cały czas gotowała, sprzątała i zajmowała się gospodarstwem.
Dziadek pił robił awantury, trzymał pieniądze i zawsze to co on robił i jakie podejmował decyzje były najlepsze. Nie daj boże, jak się ktoś sprzeciwił.
Pewnego dnia, babcia zachorowała. Była otyła, miała cukrzycę. Później jeden wylew, drugi i trzeci.
Na dziadka spadły wszystkie obowiązki. Był wściekły. Mając już zaledwie 70 lat musiał nauczyć się gotować, sprzątać, prać i uprawiać ogródki.
Babcia siedziała przy stole i tłumaczyła krok po kroku jak ma coś zrobić.
Nauczył się. Ale w chwili gdy już nie wytrzymywał chodził pić i zostawiał babcie. Wracając pijany w sztos i wyklinał ją za wszystko co się stało.
Jaki on biedny i nieszczęśliwy. Jak to on się męczy z nią i z tymi wszystkimi zajęciami.
Babcia płakała. Czuła się winna.
Odwiedzali ją dzieci, pomagali. Ale i tak była skazana na dziadka, który był jej prawnym opiekunem. Ciężko było coś zmienić. Dziadkowi przedwojenni ze swoimi uprzedzeniami, konserwatywnymi poglądami. Nowoczesność raczej była nierozumiana.
Trwało to kilka lat. Babcia umarła.
Dziadek przewartościował życie mając 80 lat. Był tolerancyjny, gotował, robić to co zazwyczaj wg niektórych powinna robić kobieta. Babcia go przed śmiercią wiele nauczyła. Szkoda, że nie chciał wcześniej, może i babcię nie spotkałaby ta choroba tak wcześnie, gdyby obowiązki były rozłożone na dwie osoby a nie na jedną.
Dziadek dożył 95 lat. Umarł w tym roku. Na zapalenie płuc. Był zaniedbany i odwodniony. Poza tym, gorzej się już leczy w tym wieku zapalenie płuc. Żył 15 lat od śmierci babci.
Moja dom, moja mama. Sześć lat temu, na raka trzonu macicy zachorowała moja mama. To był bardzo ciężki okres dla nas. Mama wyszła z tego. Miała operację, wycieli jej wszystko. Miała tylko sprawdzać co jakiś czas czy nic się tam nie dzieje. I przestać palić papierosy, bo to był główny czynnik.
Niestety nie udało się. Nie rzuciła, paliła. Ciężko był jej przegadać. Cały czas jej o tym mówiłam, ale nie upilnujesz dorosłej kobiety. Ma już ona swój rozum.
Powtarzałam jej, że mocno ją kocham, niech pamięta, że ma bardzo młode dzieci. One chcą, żeby zdążyła poznać wnuki i być z nimi.
Ojciec się zmienił. Na chwilę, na kilak miesięcy.
Ale jak zobaczył, że mama już wróciła do kondycji, zaczął pić, robić jej awantury i wszystko wróciło do normy.
Ona dostała rentę, wiec to ona utrzymywała rodzinę. Siebie i jego. On do pracy to był ostatni.
Z nerwów paliła, to była jej jedyna ucieczka. Tak teraz sobie zdałam z tego sprawę. Nie chcę jej usprawiedliwiać, ale już za dużo przeszła, żeby ją osądzać.
Rok temu miała udar mózgu.
Sparaliżowana cała. Wróciła do chodzenia, ale ręką nadal jest niewładna.
Po roku stan się pogorszył. Za dużo leży, mało chodzi i ma problem z chodzeniem.
Jest pogrożona w depresji.
Skazana jak to mówi na ojca, który ją gnębi, raz jest dobrze, raz zachowuje się jak dziadek. Zostawia ją i idzie się napić, bo jak sam powtarza, ma już tego dość i strasznie się męczy z tym ciężarem.
Mama płacze. My pomagamy, jak tylko możemy, ale prawnym opiekunem jest ojciec i to on opiekuje się mamą.
Mama ma go dość. Nie raz mi mówiła, że ledwo z nim wyrabia. Wcześniej mogła odejść i mieć go w nosie, a teraz jest przywiązana do łóżka.
Dużo z nią rozmawiałam. Powiedziała mi pewną historię.
Miałam siostrę, która zamarła przy porodzie.
To były lata 80, gdzie usg nie było, więc nie wiedzieli jak to tam wszystko wyglada.
Mama opowiadała mi historię ze szpitala na porodówce.
Krzyczała i wołała lekarzy, że czuję, że już rodzi, na co oni, żeby się tak nie darła, że jest jeszcze czas i oni wiedzą kiedy.
Okazało się, że dziecko zakręciło się w pępowinę i udusiło.
Bardzo szlochała jak mi to mówiła.
Płakałam z nią.
Nie zdając sobie sprawy, co ona czuje i jak ją to boli mimo, że minęło 20 lat.
Mówiła, że najgorsze to urodzić martwe dziecko naturalnie.
Że była piękna. Że serce się pękło jak ją zobaczyła. Nie mogła się pozbierać.
Płaczę w tym momencie, jak to piszę.
Mówiła, że miała straszną traumę i bała się mieć dzieci, bo cały czas myślała, że to się powtórzy.
Moja siostra zm. i ur. się 6.10.
Mój ojciec jakoś nie za bardzo liczył się z uczuciami mamy ani nikt z rodziny z tego co mówiła.
Ojciec tłumaczył jej, że trzeba zrobić kolejne to zapomni o tamtym.
5.10 rok poźniej urodziłam się ja. Niestety nie byłam chłopcem, a ojciec chciał bardzo syna. Więc męczył matkę o kolejne dziecko. Po dwóch latach urodził się mój brat.
Jak to podsumowała mama, całe szczęście, bo zapładniałby mnie do upadłego.
Jest nas troje. Moja starsza siostra, ja i brat.
Tak nas bardzo chciał, a naprawdę ojciec mieszkał z nami, a nie interesował się nami.
Zrobił nas jak koty.
To mama zajmował się i utrzymywała rodzinę.
Ojciec na nas nie łożył i nie interesowało go, czy mamy co jeść, czy mamy książki, zeszyty i dresy do szkoły.
On już swoje zrobił.
Zapłodnił, a o resztę martwcie się sami.
Pewnego dnia, zostawił nas i odszedł do jakieś młodej dziewczyny.
Po roku wrócił, bo nic ciekawego nie miała mu do zaproponowania.
Matka go przyjęła myśląc jak po latach powiedziała, że to dla dobra dzieci.
Co nie do końca było dla nas dobre.
Zaczęło się piekło.
W wieku szesnastu lat moja siostra zaszła w ciążę.
Cała rodzina się na nas obraziła, jaki to wstyd i hańba.
Jak to moi rodzice są nieodpowiedzialni i nie dopilnowali nastolatki.
Nagle zaczęli się mnie czepiać. Miałam wtedy 13 lat. Żebym tylko ja nie przyniosła dziecka, bo wtedy mnie wygonią z domu i zrzekną się mnie. Że to były wstyd.
Raz można się pomylić, ale już drugi nie. Wisiało to nade mną długo.
Ojciec zabronił mi się spotykać z chłopakami.
Zakaz kogokolwiek przyprowadzania do domu.
Przy każdych spotkaniach rodzinnych były awantury, wyzywanie nas, moich rodziców, tego malutkiego chłopca od najgorszych.
Wtedy pomyślałam, dlaczego ona nie usunęła. Niech to piekło się skończy.
Obiecywałam sobie, że jak tylko będę pełnoletnia to ucieknę i będę żyła tak jak ja chcę.
Moi bracia cioteczni wiele lat ode mnie starsi przyjeżdżali do mnie i ciągle mnie umoralniali.
Babcia ze strony ojca. Jego przyrodnie siostry, nakazywały, żebym tylko ja się z kimś nie puściła i nie przyniosła dziecka.
Przestałam tam jeździć.
Myśl o tym, że już niedługo się wyprowadzę dawała mi jakiś sens.
Tak też zrobiłam.
Pomagałam siostrze wychowywać dziecko.
Odcięłam się całkowicie od rodziny.
Zaczęłam się stawiać i mówić co myślę.
Wyklinali mnie i wyganiali z domu.
Przestałam spędzać z nimi święta.
Mama płakała, ale wyjaśniłam, dlaczego to robię. To było dla mojego dobra psychicznego.
Miałam święty spokój.
Robiłam to co chciałam.
Do męża i dzieci nie było mi śpieszno. Miałam złe doświadczenia z tym. Pomyślałam, jak to ma tak wyglądać, to ja nie chcę. Wolę sama za siebie decydować.
Pamiętam jak ciocia, żona wujka od strony mamy często płakała i mówiła, że wujek wyzywa ją od dziwek, bo założyła spódnicę przed kolano po 40stce. Byli długo w seperacji. Mieszkali razem, ale spali w oddzielnych pokojach. Nie było kasy, wujek był na rencie, dużo pił i palił w końcu zachorował i siedział w domu. Ciotka zaczęła wyjeżdżać do Włoszech za chlebem. Jak tylko wracała, wyklinał, że na pewno się tam puszcza i ma kochanków. Bił ją. Dzieci były już dorosłe, ale ona i tak pracował, bo dawała im pieniądze i wspierała w ich decyzjach. Ona nie lubiła gotować, czasem, ale wolała spędzać inaczej czas. Kulturalnie. Wujkowi się to nie spodobało. Za to on lubił gotować, ale miał z tym jakiś problem i ubliżał cioci, że ona nie nadaje się do niczego, bo to on sprząta i gotuje. Ona zarabiała kasę we Włoszech. Nie doceniał tego.
Kolejny wujek robił to samo ze swoją żoną.
Mama pewnego razu, jak zaczynałam studia, bardzo mi kibicowała i powtarzała:"dziecko, korzystaj, ucz się. Ja chciałam się uczyć, dziadek powiedział, że ja nie muszę chodzić do szkoły, bo i tak będę w domu z dziećmi siedzieć i gotować".
Posmutniałam i zrobiło mi się żal mamy. Ona nie mogła decydować. Dziadek jej nie pozwolił, a że on trzymał kasę, to jej po prostu jej nie dał. Powiedział, że tylko mężczyźni muszą być wykształceni.
Wyjechała do Czechosłowacji na dziesięć lat. Tam jak mówiła mogła się spełniać, pomimo, że i tam za kolorowo nie było. Ale już na pewno mogła decydować o sobie i zarabiać na siebie pieniądze, żeby nikt jej nie wydzielał.
A teraz niech mi ktoś napisze, czy nas kobiety można traktować z szacunkiem? CZy jego definicja jeszcze istnieje?
Czy ja mogłabym decydować sama za siebie, za swoje sumienie?
Tu nie chodzi o nasze kaprysy. Chodzi o możliwości. O wybór.
Ja też chcę mieć taki wybór. A to jaką decyzję podejmę już niech ona będzie rozliczeniem tylko i wyłącznie moim.
Pozdrawiam,
Luna O
Nie tylko Rząd, wie co dla kobiet jest najlepsze, ale jak zauważyłam w internecie (pełno różnych komentarzy pod manifestacją) również kobiety, mężczyźni, Kościół, lekarze - przeważnie ginekolodzy.
Już jako mała dziewczynka, widziałam jak traktowane są w mojej rodzinie kobiety. Dziadek konserwatywne poglądy, jego synowie, czyli bracia mojej mamy, jak i mój ojciec.
Nie podobało mi się to. czułam w tym niesprawiedliwość choć nie wiedziałam, co to jest.
Nie lubiłam i złościłam się, jak dziadek traktuje babcie, jak mój ojciec mamę i jak mój wujek ciocię. Kobieta była bez swojego zdania, miała określone zasady.
Babcia cały czas gotowała, sprzątała i zajmowała się gospodarstwem.
Dziadek pił robił awantury, trzymał pieniądze i zawsze to co on robił i jakie podejmował decyzje były najlepsze. Nie daj boże, jak się ktoś sprzeciwił.
Pewnego dnia, babcia zachorowała. Była otyła, miała cukrzycę. Później jeden wylew, drugi i trzeci.
Na dziadka spadły wszystkie obowiązki. Był wściekły. Mając już zaledwie 70 lat musiał nauczyć się gotować, sprzątać, prać i uprawiać ogródki.
Babcia siedziała przy stole i tłumaczyła krok po kroku jak ma coś zrobić.
Nauczył się. Ale w chwili gdy już nie wytrzymywał chodził pić i zostawiał babcie. Wracając pijany w sztos i wyklinał ją za wszystko co się stało.
Jaki on biedny i nieszczęśliwy. Jak to on się męczy z nią i z tymi wszystkimi zajęciami.
Babcia płakała. Czuła się winna.
Odwiedzali ją dzieci, pomagali. Ale i tak była skazana na dziadka, który był jej prawnym opiekunem. Ciężko było coś zmienić. Dziadkowi przedwojenni ze swoimi uprzedzeniami, konserwatywnymi poglądami. Nowoczesność raczej była nierozumiana.
Trwało to kilka lat. Babcia umarła.
Dziadek przewartościował życie mając 80 lat. Był tolerancyjny, gotował, robić to co zazwyczaj wg niektórych powinna robić kobieta. Babcia go przed śmiercią wiele nauczyła. Szkoda, że nie chciał wcześniej, może i babcię nie spotkałaby ta choroba tak wcześnie, gdyby obowiązki były rozłożone na dwie osoby a nie na jedną.
Dziadek dożył 95 lat. Umarł w tym roku. Na zapalenie płuc. Był zaniedbany i odwodniony. Poza tym, gorzej się już leczy w tym wieku zapalenie płuc. Żył 15 lat od śmierci babci.
Moja dom, moja mama. Sześć lat temu, na raka trzonu macicy zachorowała moja mama. To był bardzo ciężki okres dla nas. Mama wyszła z tego. Miała operację, wycieli jej wszystko. Miała tylko sprawdzać co jakiś czas czy nic się tam nie dzieje. I przestać palić papierosy, bo to był główny czynnik.
Niestety nie udało się. Nie rzuciła, paliła. Ciężko był jej przegadać. Cały czas jej o tym mówiłam, ale nie upilnujesz dorosłej kobiety. Ma już ona swój rozum.
Powtarzałam jej, że mocno ją kocham, niech pamięta, że ma bardzo młode dzieci. One chcą, żeby zdążyła poznać wnuki i być z nimi.
Ojciec się zmienił. Na chwilę, na kilak miesięcy.
Ale jak zobaczył, że mama już wróciła do kondycji, zaczął pić, robić jej awantury i wszystko wróciło do normy.
Ona dostała rentę, wiec to ona utrzymywała rodzinę. Siebie i jego. On do pracy to był ostatni.
Z nerwów paliła, to była jej jedyna ucieczka. Tak teraz sobie zdałam z tego sprawę. Nie chcę jej usprawiedliwiać, ale już za dużo przeszła, żeby ją osądzać.
Rok temu miała udar mózgu.
Sparaliżowana cała. Wróciła do chodzenia, ale ręką nadal jest niewładna.
Po roku stan się pogorszył. Za dużo leży, mało chodzi i ma problem z chodzeniem.
Jest pogrożona w depresji.
Skazana jak to mówi na ojca, który ją gnębi, raz jest dobrze, raz zachowuje się jak dziadek. Zostawia ją i idzie się napić, bo jak sam powtarza, ma już tego dość i strasznie się męczy z tym ciężarem.
Mama płacze. My pomagamy, jak tylko możemy, ale prawnym opiekunem jest ojciec i to on opiekuje się mamą.
Mama ma go dość. Nie raz mi mówiła, że ledwo z nim wyrabia. Wcześniej mogła odejść i mieć go w nosie, a teraz jest przywiązana do łóżka.
Dużo z nią rozmawiałam. Powiedziała mi pewną historię.
Miałam siostrę, która zamarła przy porodzie.
To były lata 80, gdzie usg nie było, więc nie wiedzieli jak to tam wszystko wyglada.
Mama opowiadała mi historię ze szpitala na porodówce.
Krzyczała i wołała lekarzy, że czuję, że już rodzi, na co oni, żeby się tak nie darła, że jest jeszcze czas i oni wiedzą kiedy.
Okazało się, że dziecko zakręciło się w pępowinę i udusiło.
Bardzo szlochała jak mi to mówiła.
Płakałam z nią.
Nie zdając sobie sprawy, co ona czuje i jak ją to boli mimo, że minęło 20 lat.
Mówiła, że najgorsze to urodzić martwe dziecko naturalnie.
Że była piękna. Że serce się pękło jak ją zobaczyła. Nie mogła się pozbierać.
Płaczę w tym momencie, jak to piszę.
Mówiła, że miała straszną traumę i bała się mieć dzieci, bo cały czas myślała, że to się powtórzy.
Moja siostra zm. i ur. się 6.10.
Mój ojciec jakoś nie za bardzo liczył się z uczuciami mamy ani nikt z rodziny z tego co mówiła.
Ojciec tłumaczył jej, że trzeba zrobić kolejne to zapomni o tamtym.
5.10 rok poźniej urodziłam się ja. Niestety nie byłam chłopcem, a ojciec chciał bardzo syna. Więc męczył matkę o kolejne dziecko. Po dwóch latach urodził się mój brat.
Jak to podsumowała mama, całe szczęście, bo zapładniałby mnie do upadłego.
Jest nas troje. Moja starsza siostra, ja i brat.
Tak nas bardzo chciał, a naprawdę ojciec mieszkał z nami, a nie interesował się nami.
Zrobił nas jak koty.
To mama zajmował się i utrzymywała rodzinę.
Ojciec na nas nie łożył i nie interesowało go, czy mamy co jeść, czy mamy książki, zeszyty i dresy do szkoły.
On już swoje zrobił.
Zapłodnił, a o resztę martwcie się sami.
Pewnego dnia, zostawił nas i odszedł do jakieś młodej dziewczyny.
Po roku wrócił, bo nic ciekawego nie miała mu do zaproponowania.
Matka go przyjęła myśląc jak po latach powiedziała, że to dla dobra dzieci.
Co nie do końca było dla nas dobre.
Zaczęło się piekło.
W wieku szesnastu lat moja siostra zaszła w ciążę.
Cała rodzina się na nas obraziła, jaki to wstyd i hańba.
Jak to moi rodzice są nieodpowiedzialni i nie dopilnowali nastolatki.
Nagle zaczęli się mnie czepiać. Miałam wtedy 13 lat. Żebym tylko ja nie przyniosła dziecka, bo wtedy mnie wygonią z domu i zrzekną się mnie. Że to były wstyd.
Raz można się pomylić, ale już drugi nie. Wisiało to nade mną długo.
Ojciec zabronił mi się spotykać z chłopakami.
Zakaz kogokolwiek przyprowadzania do domu.
Przy każdych spotkaniach rodzinnych były awantury, wyzywanie nas, moich rodziców, tego malutkiego chłopca od najgorszych.
Wtedy pomyślałam, dlaczego ona nie usunęła. Niech to piekło się skończy.
Obiecywałam sobie, że jak tylko będę pełnoletnia to ucieknę i będę żyła tak jak ja chcę.
Moi bracia cioteczni wiele lat ode mnie starsi przyjeżdżali do mnie i ciągle mnie umoralniali.
Babcia ze strony ojca. Jego przyrodnie siostry, nakazywały, żebym tylko ja się z kimś nie puściła i nie przyniosła dziecka.
Przestałam tam jeździć.
Myśl o tym, że już niedługo się wyprowadzę dawała mi jakiś sens.
Tak też zrobiłam.
Pomagałam siostrze wychowywać dziecko.
Odcięłam się całkowicie od rodziny.
Zaczęłam się stawiać i mówić co myślę.
Wyklinali mnie i wyganiali z domu.
Przestałam spędzać z nimi święta.
Mama płakała, ale wyjaśniłam, dlaczego to robię. To było dla mojego dobra psychicznego.
Miałam święty spokój.
Robiłam to co chciałam.
Do męża i dzieci nie było mi śpieszno. Miałam złe doświadczenia z tym. Pomyślałam, jak to ma tak wyglądać, to ja nie chcę. Wolę sama za siebie decydować.
Pamiętam jak ciocia, żona wujka od strony mamy często płakała i mówiła, że wujek wyzywa ją od dziwek, bo założyła spódnicę przed kolano po 40stce. Byli długo w seperacji. Mieszkali razem, ale spali w oddzielnych pokojach. Nie było kasy, wujek był na rencie, dużo pił i palił w końcu zachorował i siedział w domu. Ciotka zaczęła wyjeżdżać do Włoszech za chlebem. Jak tylko wracała, wyklinał, że na pewno się tam puszcza i ma kochanków. Bił ją. Dzieci były już dorosłe, ale ona i tak pracował, bo dawała im pieniądze i wspierała w ich decyzjach. Ona nie lubiła gotować, czasem, ale wolała spędzać inaczej czas. Kulturalnie. Wujkowi się to nie spodobało. Za to on lubił gotować, ale miał z tym jakiś problem i ubliżał cioci, że ona nie nadaje się do niczego, bo to on sprząta i gotuje. Ona zarabiała kasę we Włoszech. Nie doceniał tego.
Kolejny wujek robił to samo ze swoją żoną.
Mama pewnego razu, jak zaczynałam studia, bardzo mi kibicowała i powtarzała:"dziecko, korzystaj, ucz się. Ja chciałam się uczyć, dziadek powiedział, że ja nie muszę chodzić do szkoły, bo i tak będę w domu z dziećmi siedzieć i gotować".
Posmutniałam i zrobiło mi się żal mamy. Ona nie mogła decydować. Dziadek jej nie pozwolił, a że on trzymał kasę, to jej po prostu jej nie dał. Powiedział, że tylko mężczyźni muszą być wykształceni.
Wyjechała do Czechosłowacji na dziesięć lat. Tam jak mówiła mogła się spełniać, pomimo, że i tam za kolorowo nie było. Ale już na pewno mogła decydować o sobie i zarabiać na siebie pieniądze, żeby nikt jej nie wydzielał.
A teraz niech mi ktoś napisze, czy nas kobiety można traktować z szacunkiem? CZy jego definicja jeszcze istnieje?
Czy ja mogłabym decydować sama za siebie, za swoje sumienie?
Tu nie chodzi o nasze kaprysy. Chodzi o możliwości. O wybór.
Ja też chcę mieć taki wybór. A to jaką decyzję podejmę już niech ona będzie rozliczeniem tylko i wyłącznie moim.
Pozdrawiam,
Luna O
piątek, 29 lipca 2016
Nie-idealna.
Technologie idą do przodu, to czemu miały by nie iść inne sprawy. To byłoby |nienaturalne|. Internet króluje, selfie, poziom życia zmienia się na sztuczny. Każdy ma już snapchata i opowiada swoją historię. Nagrywamy siebie nawet jak wstajemy z łóżka, czy robimy sobie herbatę. Już nie jest to intymna i osobista sprawa. Wszystkim się afiszujemy. Jak malujemy mieszkanie ze swoim chłopakiem i jak świetnie się przy tym bawimy, brudzimy. A na dodatek jesteśmy zakochani.
Za około 20 lat będzie sztuczna inteligencja. To nie żart- to fakt. Wydaje się, że 20 lat to wcale nie tak dużo.
Mało osób czyta, interesuje się literaturą, sztuką. Wszystko jest na łatwiznę. Najwięcej jest tego, co jest modne, a teraz jest moda na bycie idealnym. Na kicz i tandetę.
Rozmowy o kosmetykach, nowych modnych zabiegach, wakacje na wypasie. Operacje już na wszystko. Nowe piersi, nowa buzia, sztuczne duże zęby. W pewnym miejscu w Warszawie (są takie kluby) kobiety wszystkie wyglądają jak z jednej taśmy. Brwi zrobione, rzęsy, usta, policzki, zęby i podobnie ubrane. Jakby były jedną wielką rodziną.
Reklamy informują nas: "Bądź lepszą wersją siebie!". A tam jest taka mała informacja pod * popraw się? zrób operację? czy raczej bądź dobrym człowiekiem, akceptuj siebie, kochaj siebie i żyj w zgodzie ze sobą i z innymi. Obejrzyj się za siebie i przypomnij sobie w jakim miejscu byłeś, a w jakim jesteś teraz. Ale nie dlatego, że miałaś małe cycki, a teraz masz duże, tylko czy po drodze nie krzywdzisz siebie i innych.
Czy to jest ta dobra zmiana?
Za około 20 lat będzie sztuczna inteligencja. To nie żart- to fakt. Wydaje się, że 20 lat to wcale nie tak dużo.
Mało osób czyta, interesuje się literaturą, sztuką. Wszystko jest na łatwiznę. Najwięcej jest tego, co jest modne, a teraz jest moda na bycie idealnym. Na kicz i tandetę.
Rozmowy o kosmetykach, nowych modnych zabiegach, wakacje na wypasie. Operacje już na wszystko. Nowe piersi, nowa buzia, sztuczne duże zęby. W pewnym miejscu w Warszawie (są takie kluby) kobiety wszystkie wyglądają jak z jednej taśmy. Brwi zrobione, rzęsy, usta, policzki, zęby i podobnie ubrane. Jakby były jedną wielką rodziną.
Reklamy informują nas: "Bądź lepszą wersją siebie!". A tam jest taka mała informacja pod * popraw się? zrób operację? czy raczej bądź dobrym człowiekiem, akceptuj siebie, kochaj siebie i żyj w zgodzie ze sobą i z innymi. Obejrzyj się za siebie i przypomnij sobie w jakim miejscu byłeś, a w jakim jesteś teraz. Ale nie dlatego, że miałaś małe cycki, a teraz masz duże, tylko czy po drodze nie krzywdzisz siebie i innych.
Czy to jest ta dobra zmiana?
czwartek, 2 czerwca 2016
Na wspak- czyli jak zrozumieć mężczyzn.
Jeśli ktoś mi wmówi, że to kobiety są skomplikowane, to zrezygnuję z bycia nią.
Ostatnio miałam spięcie z moim ukochanym.
Poniedziałek jak poniedziałek.
Wracam jak zawsze ok.18 do mieszkania. On zresztą też. Tym razem ja byłam pierwsza, a w mieszkaniu zastałam mojego psa i Panią Anię, która pomaga nam w utrzymaniu czystości w naszych komnatach.
Wyszłam z psem. Pogadałam jeszcze chwilę z Panią Ania po czym sprawdziłam swój telefon. Mam wiadomość od niego, że będzie później, bo odwiedza swojego syna. Myślę sobie, OK. Też wychodzę. Więc napisałam mu, że dla mnie spoko, ja też wychodzę i będę później.
Kropka.
Nie napisałam z kim i gdzie. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że coś nie tak zrobiłam.
Nie dopytał, więc pochłonęła mnie rozmowa i zapomniałam o tym.
Stwierdził, jak mi później powiedział, że nie chciał mnie kontrolować.
Bardzo tego nie lubię. On zresztą też.
W większości jak nie wychodzimy razem, to informujemy siebie, gdzie będziemy etc etc.
A jak nie zdążymy, to piszemy sms, czy jakąś wiadomość na FB.
Nie wydzwaniamy, nie piszemy non stop, szanujemy czas, gdzieś tam na mieście.
Wyszłam o 19, wróciłam o 23.
Spotkałam się z kolegą z teatru, bo razem będziemy w etiudzie. A poza tym dawno się wdzieliśmy, bo był chory, więc chciał mi opowiedzieć, jak było na długim weekendzie z jego nową dziewczyną bla bla bla.
Tak się rozgadaliśmy, że dobijała 23.
Nie sprawdzałam telefonu. Była gdzieś tam zakopany w worku.
Po czym sprawdziłam, a tam wiadomość od mojego chłopaka:"czy wszystko gut?", odpisałam, że tak i właśnie się już zbieram i zaraz będę się tulić z nim.
Wróciłam, on już spał. Wykąpałam się i szybko wskoczyłam do naszego cieplutkiego łóżeczka.
Przytuliam się. Obudził się. Zapytał, czy byłam nad Wisłą. Ja, że nie - w knajpce, na lemoniadzie, z kolegą z teatru.
No i się zaczęło.
Czy zrobiłam to specjalnie, żeby był zazdrosny. Dlaczego tym razem nic mu nie napisałam, gdzie i z kim jestem.
Czy chciałam coś ukryć. Czy ma powody do zazdrości?
No i awantura.
Ciężko było mi się wytłumaczyć, bo nic złego nie zrobiłam. Jestem w nim zakochana po uszy już prawie dwa lata i nadal się nim chwalę i opowiadam każdemu. Mieszkamy razem prawie rok. Jest nam razem cudownie. Ale zazdrość przyszła sama. To chyba znak, że mu na mnie zależy, że kocha.
Ja też jestem zazdrosna troszeczkę. Gorzej byłoby gdybym nie była.
Sprawa została wyjaśniona. Mimo to coś nadal wisi.
Nie chcę, żeby kiedykolwiek myślał, że chcę go sprowokować do zazdrości. To nie świadczyłoby nic dobrego o mnie. Nie dawać mu podstaw do podejrzeń. Chce żeby mi ufał i vice versa. Nie chcę nakręcać spirali nienawiści, bo nic dobrego z tego nie wyjdzie.
Czasami chodzi o to, żeby nie dyskutować. Przyznać się do błędu, przeprosić i na następny raz uważać.
Zazdrość to nic złego, ale nie warto jej nakręcać.
Czasem trzeba bardziej dowartościować drugą połówkę, jak ma gorszy czas. Raz na jakiś czas z czegoś zrezygnować, żeby poczuł się wyjątkowo.
Kompromis, który w związku wcale nie jest taki łatwy.
Uczę się go.
Ostatnio miałam spięcie z moim ukochanym.
Poniedziałek jak poniedziałek.
Wracam jak zawsze ok.18 do mieszkania. On zresztą też. Tym razem ja byłam pierwsza, a w mieszkaniu zastałam mojego psa i Panią Anię, która pomaga nam w utrzymaniu czystości w naszych komnatach.
Wyszłam z psem. Pogadałam jeszcze chwilę z Panią Ania po czym sprawdziłam swój telefon. Mam wiadomość od niego, że będzie później, bo odwiedza swojego syna. Myślę sobie, OK. Też wychodzę. Więc napisałam mu, że dla mnie spoko, ja też wychodzę i będę później.
Kropka.
Nie napisałam z kim i gdzie. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że coś nie tak zrobiłam.
Nie dopytał, więc pochłonęła mnie rozmowa i zapomniałam o tym.
Stwierdził, jak mi później powiedział, że nie chciał mnie kontrolować.
Bardzo tego nie lubię. On zresztą też.
W większości jak nie wychodzimy razem, to informujemy siebie, gdzie będziemy etc etc.
A jak nie zdążymy, to piszemy sms, czy jakąś wiadomość na FB.
Nie wydzwaniamy, nie piszemy non stop, szanujemy czas, gdzieś tam na mieście.
Wyszłam o 19, wróciłam o 23.
Spotkałam się z kolegą z teatru, bo razem będziemy w etiudzie. A poza tym dawno się wdzieliśmy, bo był chory, więc chciał mi opowiedzieć, jak było na długim weekendzie z jego nową dziewczyną bla bla bla.
Tak się rozgadaliśmy, że dobijała 23.
Nie sprawdzałam telefonu. Była gdzieś tam zakopany w worku.
Po czym sprawdziłam, a tam wiadomość od mojego chłopaka:"czy wszystko gut?", odpisałam, że tak i właśnie się już zbieram i zaraz będę się tulić z nim.
Wróciłam, on już spał. Wykąpałam się i szybko wskoczyłam do naszego cieplutkiego łóżeczka.
Przytuliam się. Obudził się. Zapytał, czy byłam nad Wisłą. Ja, że nie - w knajpce, na lemoniadzie, z kolegą z teatru.
No i się zaczęło.
Czy zrobiłam to specjalnie, żeby był zazdrosny. Dlaczego tym razem nic mu nie napisałam, gdzie i z kim jestem.
Czy chciałam coś ukryć. Czy ma powody do zazdrości?
No i awantura.
Ciężko było mi się wytłumaczyć, bo nic złego nie zrobiłam. Jestem w nim zakochana po uszy już prawie dwa lata i nadal się nim chwalę i opowiadam każdemu. Mieszkamy razem prawie rok. Jest nam razem cudownie. Ale zazdrość przyszła sama. To chyba znak, że mu na mnie zależy, że kocha.
Ja też jestem zazdrosna troszeczkę. Gorzej byłoby gdybym nie była.
Sprawa została wyjaśniona. Mimo to coś nadal wisi.
Nie chcę, żeby kiedykolwiek myślał, że chcę go sprowokować do zazdrości. To nie świadczyłoby nic dobrego o mnie. Nie dawać mu podstaw do podejrzeń. Chce żeby mi ufał i vice versa. Nie chcę nakręcać spirali nienawiści, bo nic dobrego z tego nie wyjdzie.
Czasami chodzi o to, żeby nie dyskutować. Przyznać się do błędu, przeprosić i na następny raz uważać.
Zazdrość to nic złego, ale nie warto jej nakręcać.
Czasem trzeba bardziej dowartościować drugą połówkę, jak ma gorszy czas. Raz na jakiś czas z czegoś zrezygnować, żeby poczuł się wyjątkowo.
Kompromis, który w związku wcale nie jest taki łatwy.
Uczę się go.
czwartek, 19 maja 2016
Księżniczka jeszcze nie królewna.
Wczoraj jak wracałam do domu autobusem, wsiadła na przystanku dziewczynka w pięknej białej sukni z wiankiem na głowie. Niewinność biła z daleka. Biel przysłaniał innych pasażerów obok. Miała biały tydzień po komunii.
Też taki kiedyś miałam.
Tak patrząc na nią, stwierdziłam, że ja już nie mam parcia na ślub i białą suknię. Swój mały ślub już miałam jako ośmioletnia dziewczynka.
Pamiętam jakie to było dla mnie ważna jaki wianej sobie kupię. Sukienkę niestety miałam już po siostrze, w ramach oszczędności. Ale i tak była ładna, choć oczywiście jęczałam mamie, że chcę nową. Chcę być księżniczką. Najpierw wianek, później buty. Mama na na pewno miała mnie dość, pamiętam, że wkurzała się na mnie, że nie mogę się zdecydować.
Oczywiście. Musiałam mieć wszystko idealne. To był mój ważny dzień. Nie mogłam wyglądać gorzej od moich koleżanek. Pokazywałyśmy sobie te wszystkie dodatki. Jedna druga odwiedzała. Byłyśmy ciekawe. I zazdrosne. Już wtedy żadna nie chciała zdradzić fryzury. Choć i tak większość miała pokręcone włosy, jak aniołki albo koki. Ja niestety miałam zwyczajnie rozpuszczone włosy długie i grzywkę. Mama nie miała czasu mi pokręcić, bo dużo miałam obowiązków. A dwa dni wcześniej zostawił nas tata. Więc jeszcze dodatkowo tym się zamartwiała. Moje włosy przy tym to był pikuś.
Przypominałam sobie co dostałam na komunię. Były to kwiaty- lilie. Zapach pogrzebowy. To był jednocześnie ślub, komunia i pogrzeb. Mój własny pogrzeb. Zapach lilii był ze mną przez 3 tygodnie. A kojarzy mi się z pogrzebem, bo gdy miałam 7 lat poszam na pogrzeb pierwszy raz. I tam był zapach lilii. Dużo lilii dostał ten chłopiec. U mnie w domu tez pachniało pogrzebem.
Dostałam jeszcze rower, zegarek, pierścionek, kolczyki i dużo pieniędzy. Czyli w większości t co się dostaje na ślub. Zegarek jak wiadomo symbol odmierzania czasu. To też symbol śmierci.
Jak na swoim blogu już śp. Maria Czubaszek pisała o ślubie i małżeństwie:
"Ludzie łączą się na dobre i na złe.
- A rozstają – westchnęła córka mojej sąsiadki – na dobre.
- Bo nawet w dzisiejszych czasach dobro czasem zwycięża."
Też taki kiedyś miałam.
Tak patrząc na nią, stwierdziłam, że ja już nie mam parcia na ślub i białą suknię. Swój mały ślub już miałam jako ośmioletnia dziewczynka.
Pamiętam jakie to było dla mnie ważna jaki wianej sobie kupię. Sukienkę niestety miałam już po siostrze, w ramach oszczędności. Ale i tak była ładna, choć oczywiście jęczałam mamie, że chcę nową. Chcę być księżniczką. Najpierw wianek, później buty. Mama na na pewno miała mnie dość, pamiętam, że wkurzała się na mnie, że nie mogę się zdecydować.
Oczywiście. Musiałam mieć wszystko idealne. To był mój ważny dzień. Nie mogłam wyglądać gorzej od moich koleżanek. Pokazywałyśmy sobie te wszystkie dodatki. Jedna druga odwiedzała. Byłyśmy ciekawe. I zazdrosne. Już wtedy żadna nie chciała zdradzić fryzury. Choć i tak większość miała pokręcone włosy, jak aniołki albo koki. Ja niestety miałam zwyczajnie rozpuszczone włosy długie i grzywkę. Mama nie miała czasu mi pokręcić, bo dużo miałam obowiązków. A dwa dni wcześniej zostawił nas tata. Więc jeszcze dodatkowo tym się zamartwiała. Moje włosy przy tym to był pikuś.
Przypominałam sobie co dostałam na komunię. Były to kwiaty- lilie. Zapach pogrzebowy. To był jednocześnie ślub, komunia i pogrzeb. Mój własny pogrzeb. Zapach lilii był ze mną przez 3 tygodnie. A kojarzy mi się z pogrzebem, bo gdy miałam 7 lat poszam na pogrzeb pierwszy raz. I tam był zapach lilii. Dużo lilii dostał ten chłopiec. U mnie w domu tez pachniało pogrzebem.
Dostałam jeszcze rower, zegarek, pierścionek, kolczyki i dużo pieniędzy. Czyli w większości t co się dostaje na ślub. Zegarek jak wiadomo symbol odmierzania czasu. To też symbol śmierci.
Jak na swoim blogu już śp. Maria Czubaszek pisała o ślubie i małżeństwie:
"Ludzie łączą się na dobre i na złe.
- A rozstają – westchnęła córka mojej sąsiadki – na dobre.
- Bo nawet w dzisiejszych czasach dobro czasem zwycięża."
W tym roku pośród moich znajomych jest jakiś wielki boom ślubowy, dzieciowy.
Moje koleżanki jak zaczęły mi opowiadać, ile to czasu potrzeba na przygotowanie, załatwianie, to odechciało mi się wszystkiego. Ja przed komunią miałam mały zalążek tego, co może się pojawić podczas przygotowania ślubu. Dwa lata przygotowań. Piętnaście minut przysięgi. Trzy lata wspólnego życia. Zakładam, że chociaż tyle wytrwają. Rok w seperacji i kolejny rok na rozwód. Jakby to wszystko podliczyć, to spędzili ze sobą sporo czasu.
Szum, szaleństwo i zmęczenie przy załatwianiu tego wszystkiego. To mi przypomina scenę z z filmu: "Dzikie historie". Skoro wydaliśmy tyle pieniędzy, to chociaż wytrwajmy do końca ślubu. Zjedzmy ten tort, bo wybieraliśmy go przez tydzień. Sporo na to czasu poświeciliśmy. Niektórzy ją dzień przed ślubem nie są pewni czy na pewno chcą go wziąć, ale tak jakoś głupio się wycofać. Może się uda. Może go/ją pokocham. Tyle pieniędzy i czasu w to włożyliśmy.
Nie, to nie dla mnie.
Ja nie potrzebuję całego tego cyrku tylko po to, żeby poczuć się księżniczką.
Ja już nią jestem. Zostało mi to z komunii.
poniedziałek, 25 stycznia 2016
Pogotowie alkoholowe.
DDA, współuzależnienie, życie z alkoholikiem.
Opisz swoje życie w dwóch zdaniach? Ja opisuję swój ostatni tydzień do reszty nie chcę wracać. To samo wraca.
Codziennie rano wstawałam z myślą, czy jeszcze żyje. Nerwowo sprawdzałam telefon, FB i inne komunikatory. Budziłam się w nocy cała spocona, nie mogąc złapać oddechu. Szczękościsk, ból głowy i spięte mięśnie. Chciałam krzyczeć, ale nie potrafiłam. Jakby mnie tam nie było. Jakby coś uleciało i nie mogło do mnie wrócić. Chciałam płakać, ale znowu nie potrafiłam. Strach mnie napędzał. Modliłam się tylko, żeby usnąć. Szukałam ciepła. Nerwowo rozglądałam się po łóżku i szukałam mojego Ukochanego. Znalazłam. Spał. Nie obudziłam. Wtuliłam się i powoli zasypiałam.
Zaczął dzwonić budzik 7:20. Drzemka 7:40. Zanim obudziła mnie drzemka, dzwonił telefon z tak straszliwym dźwiękiem, że wstałam na równe nogi. Dzwonił do mnie brat. Oddech krótki. Bełkocze. Nerwowy. Bardzo szybko mówi. Nie rozumiem go, sama zaczynam się denerwować. Podnoszę głos, proszę, żeby mówił wyraźniej i głośniej. Jest roztrzęsiony, krzyczy, że umiera. Prosi, żebym go zabrała. Powtarza to kilkukrotnie. Tłumaczę mu, że teraz nie mogę, jak skończę pracę. Proszę, żeby się położył, usnął i oddzwonię do niego później. Posłuchał i rozłączył się. Mimo, że poczułam ulgę, nadał czuję się zestresowana i na niczym nie mogę się skupić. Jestem zła. Na niego, na siebie, na wszystkich. Czuję się bezsilna. Wydzwaniał jeszcze kilka razy. Szantażował mnie emocjonalnie. Dostawałam już szału i musiałam go ciągle uspokajać, że będę po 18. Po pracy jadę do niego. Był u swojej dziewczyny, która g zamknęła. Nie mogłam się dostać do mieszkania, czekałam pod drzwiami. Rozmawiałam z nim przez drzwi, że zaraz przyjdzie jego dziewczyna i nam otworzy. Powiedziałam, żeby już czekał spakowany, bo zamówiłam taksówkę. Wyjaśniłam, że zabieram go tam, gdzie jego miejsce. Zanim przyjechała minęła godzina. Przez ten czas słyszałam jak rzygał, pluł, palił. Słyszałam jak nie może z niego wyjść potwór. Przeraźliwie mu się odbijało. Nie mógł się wyrzygać. Te odgłosy były przerażające. Jakby miał wyzionąć dusze. Przyjechała jego dziewczyna, powiedziała mi cześć, a do niego nic. Jak już wychodziliśmy, to rzuciła w moje stronę takie słowa:
"Zrób coś z nim, on ma problem. On nawet w nocy wstaje do sklepu po wódkę." Kochana Dziewczyna. Szkoda, że nie widziała tego wcześniej i nie potrafiła mu pomóc. Palił strasznie dużo papierosów. Cały roztrzęsiony, czerwony, wychudzony. Wyglądał jak potwór. Pomyślałam, że to nie jest mój brat. Gdzie jest ten, z którym się wychowywałam. Co się stało. W taksówce w powietrzu wisi nieprzyjemny zapach. odór straszliwy. Alkohol ciężki unosił się w powietrzu. Nie mogłam tego znieść. Ponownie miałam ochotę krzyczeć. A on nerwowo zaczął mlaskać, ale tak, że stało się to wkurwiające. Myślałam, że nie dojadę do mieszkania. Poprosiłam kierowce, żeby otworzył nam okno i włączył głośniej muzykę. Miałam go dość. Jednocześnie chciałam na niego krzyczeć, a kolejnym razem tulić. Wysiedliśmy wcześniej. Spacer dobrze mu zrobi. Obok sklepu powiedział, że musi sobie kupić czteropak, bo nie zejdzie tak od razu. Będzie miał padaczkę. Kupił. Na początku się sprzeciwiłam, ale później zgodziłam. Przeczytałam w jakimś artykule, że rzeczywiście tak jest. Padaczkę miał. Piwa wypite, kolejne kupił. Wypił wino, które było schowane na "wyjątkowe okazje". Wszystko wypił. Krzyczał, że go boli, że nie może tego znieść. Że umiera.
To był dzień pierwszy - wtorek.
Środa rano.
Telefon nie przestawał dzwonić. Nieznośny dzwonek dawał o sobie znać. Już nie potrzebowałam budzika i drzemki. Mój brat skutecznie mnie budził. Wpadałam w złość, że tylko ja muszę tego słuchać. Nie miał nikogo innego. Tylko ja zgodziłam się mu pomóc. Tylko ja, i ja i ja.
Załatwiłam z siostrą przerwanie ciągu alkoholowego na czwartek. Ale nie mogłyśmy czekać, bo zaczął demolować mieszkanie, nie spał, chodził, był nieznośny i absorbujący. Płakał. Krzyczał. Prosił i pomoc. Miał "białą gorączkę", delirium poalkoholowe. Umówiłam lekarza na 21. Przyjechałam od razu po pracy. Byłam 18:30. On nie śpi, chodzi. Wędruje. Gada jak najęty. Zagaduję go, pyta o której przyjedzie lekarz. Pytał co 5 min. Czas mu się dłuży. Dostaję szału, zaczynam na niego krzyczeć, żeby dał mi spokój, że tak jak mu mówiłam, lekarz będzie o 21, więc jeszcze mamy trochę czasu. On nic nie rozumie, nic do niego nie dociera. Staram się czymś zająć, ale nic mi się nic chce. Czuję strach. Smród alkoholu i fajek przysparza mnie o mdłości. Otwieram okna i spryskuję to odświeżaczem. Czuję, że przesiąkłam tym alkoholem. Wącham się nerwowo. Dobija 21. Lekarz wysyła mi sms, że się spóźni, bo ma problem z obecnym pacjentem.
Jeszcze tego brakowało. Nie mogę go uspokoić, wyzywa się na mnie, że lekarz robi mnie w chuja. Wydarłam się na niego i powiedziałam, że jak jeszcze raz przyjdzie i będzie mi ględził, to zaraz go uśpię innymi metodami. W końcu poszedł do swojego pokoju i leżał. Już nie wychodził. Usnął. Cud. Lekarz zjawił się łaskawie o 22:30, 1,5 spóźnienia. Poszliśmy do jego pokoju. Tam nie było kolorowo. Typowa melina. Bród, smród. A przecież mój brat tak bardzo lubi porządek i czystość. Widocznie wtedy mu jakoś nie przeszkadzało. Po wódce chyba juz nie istotny jest porządek, zapach i czyste ubrania. Ma na tym punkcie obsesje. Tak samo jak na czystości w pokoju, w łazience, w mieszkaniu. pokój wyglądał jak po wojnie. Rozlany alkohol, zupki chińskie, ubrania po całym pokoju. Firanka była szara. Kiedyś pewnie biała. Dywan zalany, na ścianie odpryski po winie. Kołdra bez poszwy. On w slipkach. Lekarz go budził. Po przebudzeniu był w szoku, ale wiedział, że lekarz ma przyjechać i mu pomóc. Wyjaśnił mu, po co tu jest, dlaczego to robi. Brat bełkotał. Lekarz wyjaśnił mu, że to ostatni dzwonek. Że w jego wieku i jeszcze młodszych na intensywnej terapii wysyła do kostnicy. Żeby się zastanowił, że teraz trzeba pomyśleć o terapii, o zaszyciu się i wróceniu do trzeźwości, bo może być za późno, a szkoda by było, gdyby taki młody człowiek już umarł. Brat ma 26 la. Pije od 6 lat. Z tego co ja wiem, ale pewnie już jako małolat zaczął. Myślę, że tak poważnie od 18 roku życia. Dał mu kroplówkę. Dorzucił relanium. Uśpił go. Wypisał nam receptę i dawki jakie mamy mu dawać. Leki na sen, uspokojenie i padaczkę.
Czwartek.
Telefon do siostry. wkurwiona, że nie może z nim wytrzymać. Tabletki nie działają, on nadal wypija alkohole jej, nie śpi i jest męczący. tabletki go trochę uspokoiły, ale nadal chodzi i tłucze wszystko. w wannie pełno krwi, on cała głowa pocięta. upadł, stłukł dużą świeczkę, która jeszcze pocięła mu twarz. Nie wiadomo, czy uszkodził sobie głowę, czy nie. Po pracy pojechałam tam i kontrolowałam go jakiś czas, przekazując mojej siostrze, żeby dawała mu leki. Dawała za mało, te dawki w ogóle na niego nie działały. Poszedł do sklepu, wypiła kilka piwek. Ledwo co chodził, ale to nie powstrzyma alkoholika. To silniejsze. Już nie płakał. Ale jego twarz i wyraz przedstawiały śmierć. On był żywym trupem. Degeneracja. Dno. Chodził do łazienki i darło z niego, jakby chciał sam się wyrzygać. Odgłos jakiegoś bydlęcia.
Piątek.
Od rana sms od siostry, że mieszkanie jest zdemolowane i ona nie chce go juz tam. Chce, żeby się wyprowadził, ona nie będzie na to wszystko patrzyła. Ma dość. Z pogróżkami, jakby to był tylko mój brat. Wkurwiłam się, bo razem ze mną postanowiła mu pomóc, ale jak już było trudniej, to nie wytrzymała i chce go wyrzucić. Tak jest najlepiej, najwygodniej. Zadzwonił do mnie bełkoczącym głosem. Zaczęłam mu wyjaśniać. I tak pewnie nic nie rozumiał, ale przynajmniej się słuchał. Cały czas prosiłam, żeby wziął tabletkę i położył się spać. Dochodziła 12. Nie wytrzymałam i poprosiłam moją szefową, żeby mnie zwolniła, bo mam kłopoty rodzinne. Płakałam. Jak tylko wyszłam z pracy, zaczęłam płakać. Czułam żal, wstyd. Czułam się jakbym to ja miałam problem z alkoholem, a nie mam go. Jestem współuzależniona. Wysiadłam z autobusu. Cała się trzęsłam i bałam. Straszliwie się bałam. Nie mogłam iść, blokowało mnie. Mowę mi odebrało. Bałam się tego, co tam się dzieje, co ja zastanę. Co się z nim dzieje. Czy on jeszcze żyje? Weszłam do mieszkania. On ledwo stał na nogach. Był już ubrany w kurtkę, gotowy do zejścia na dół do sklepu. Prosiłam go bardzo długo, żeby się rozebrał i poszedł spać. Że dam mu tabletki i uśnie. Nie słuchał, chciał bardzo pójść do sklepu. Zaczął ściemniać, że nie ma już papierosów. Po czym znalazłam dwie całe paczki. Kombinował i kłamał. Cały ten czas kłamał. Obrzydliwy kłamczuch. Wstrętny. A ja mu zaufałam. Nie można im ufać. nawet jak będzie potarzał, że on już się zmieni. Gówno prawda. Alkoholik zawsze będzie alkoholikiem. Choć wierzę, że się nawróci. Ale ja już do niego ręki nie wyciągnę. Teraz wszystko zależy od niego.
Dziś już jestem na detoksie. Po całej mojej nocy nie przespanej i nafaszerowaniu go końską dawką tabletek, przespał całą noc. Obudził się trzeźwy. Spakowałam go, odwiozłam i czekam aż coś do niego trafi. Na razie jest potulny, ale w jego oczach jest smutek i kłamstwo. Jestem przekonana, że on będzie nadal pił, że nic nie zrozumiał. Ale to już jego decyzja.
Opisz swoje życie w dwóch zdaniach? Ja opisuję swój ostatni tydzień do reszty nie chcę wracać. To samo wraca.
Codziennie rano wstawałam z myślą, czy jeszcze żyje. Nerwowo sprawdzałam telefon, FB i inne komunikatory. Budziłam się w nocy cała spocona, nie mogąc złapać oddechu. Szczękościsk, ból głowy i spięte mięśnie. Chciałam krzyczeć, ale nie potrafiłam. Jakby mnie tam nie było. Jakby coś uleciało i nie mogło do mnie wrócić. Chciałam płakać, ale znowu nie potrafiłam. Strach mnie napędzał. Modliłam się tylko, żeby usnąć. Szukałam ciepła. Nerwowo rozglądałam się po łóżku i szukałam mojego Ukochanego. Znalazłam. Spał. Nie obudziłam. Wtuliłam się i powoli zasypiałam.
Zaczął dzwonić budzik 7:20. Drzemka 7:40. Zanim obudziła mnie drzemka, dzwonił telefon z tak straszliwym dźwiękiem, że wstałam na równe nogi. Dzwonił do mnie brat. Oddech krótki. Bełkocze. Nerwowy. Bardzo szybko mówi. Nie rozumiem go, sama zaczynam się denerwować. Podnoszę głos, proszę, żeby mówił wyraźniej i głośniej. Jest roztrzęsiony, krzyczy, że umiera. Prosi, żebym go zabrała. Powtarza to kilkukrotnie. Tłumaczę mu, że teraz nie mogę, jak skończę pracę. Proszę, żeby się położył, usnął i oddzwonię do niego później. Posłuchał i rozłączył się. Mimo, że poczułam ulgę, nadał czuję się zestresowana i na niczym nie mogę się skupić. Jestem zła. Na niego, na siebie, na wszystkich. Czuję się bezsilna. Wydzwaniał jeszcze kilka razy. Szantażował mnie emocjonalnie. Dostawałam już szału i musiałam go ciągle uspokajać, że będę po 18. Po pracy jadę do niego. Był u swojej dziewczyny, która g zamknęła. Nie mogłam się dostać do mieszkania, czekałam pod drzwiami. Rozmawiałam z nim przez drzwi, że zaraz przyjdzie jego dziewczyna i nam otworzy. Powiedziałam, żeby już czekał spakowany, bo zamówiłam taksówkę. Wyjaśniłam, że zabieram go tam, gdzie jego miejsce. Zanim przyjechała minęła godzina. Przez ten czas słyszałam jak rzygał, pluł, palił. Słyszałam jak nie może z niego wyjść potwór. Przeraźliwie mu się odbijało. Nie mógł się wyrzygać. Te odgłosy były przerażające. Jakby miał wyzionąć dusze. Przyjechała jego dziewczyna, powiedziała mi cześć, a do niego nic. Jak już wychodziliśmy, to rzuciła w moje stronę takie słowa:
"Zrób coś z nim, on ma problem. On nawet w nocy wstaje do sklepu po wódkę." Kochana Dziewczyna. Szkoda, że nie widziała tego wcześniej i nie potrafiła mu pomóc. Palił strasznie dużo papierosów. Cały roztrzęsiony, czerwony, wychudzony. Wyglądał jak potwór. Pomyślałam, że to nie jest mój brat. Gdzie jest ten, z którym się wychowywałam. Co się stało. W taksówce w powietrzu wisi nieprzyjemny zapach. odór straszliwy. Alkohol ciężki unosił się w powietrzu. Nie mogłam tego znieść. Ponownie miałam ochotę krzyczeć. A on nerwowo zaczął mlaskać, ale tak, że stało się to wkurwiające. Myślałam, że nie dojadę do mieszkania. Poprosiłam kierowce, żeby otworzył nam okno i włączył głośniej muzykę. Miałam go dość. Jednocześnie chciałam na niego krzyczeć, a kolejnym razem tulić. Wysiedliśmy wcześniej. Spacer dobrze mu zrobi. Obok sklepu powiedział, że musi sobie kupić czteropak, bo nie zejdzie tak od razu. Będzie miał padaczkę. Kupił. Na początku się sprzeciwiłam, ale później zgodziłam. Przeczytałam w jakimś artykule, że rzeczywiście tak jest. Padaczkę miał. Piwa wypite, kolejne kupił. Wypił wino, które było schowane na "wyjątkowe okazje". Wszystko wypił. Krzyczał, że go boli, że nie może tego znieść. Że umiera.
To był dzień pierwszy - wtorek.
Środa rano.
Telefon nie przestawał dzwonić. Nieznośny dzwonek dawał o sobie znać. Już nie potrzebowałam budzika i drzemki. Mój brat skutecznie mnie budził. Wpadałam w złość, że tylko ja muszę tego słuchać. Nie miał nikogo innego. Tylko ja zgodziłam się mu pomóc. Tylko ja, i ja i ja.
Załatwiłam z siostrą przerwanie ciągu alkoholowego na czwartek. Ale nie mogłyśmy czekać, bo zaczął demolować mieszkanie, nie spał, chodził, był nieznośny i absorbujący. Płakał. Krzyczał. Prosił i pomoc. Miał "białą gorączkę", delirium poalkoholowe. Umówiłam lekarza na 21. Przyjechałam od razu po pracy. Byłam 18:30. On nie śpi, chodzi. Wędruje. Gada jak najęty. Zagaduję go, pyta o której przyjedzie lekarz. Pytał co 5 min. Czas mu się dłuży. Dostaję szału, zaczynam na niego krzyczeć, żeby dał mi spokój, że tak jak mu mówiłam, lekarz będzie o 21, więc jeszcze mamy trochę czasu. On nic nie rozumie, nic do niego nie dociera. Staram się czymś zająć, ale nic mi się nic chce. Czuję strach. Smród alkoholu i fajek przysparza mnie o mdłości. Otwieram okna i spryskuję to odświeżaczem. Czuję, że przesiąkłam tym alkoholem. Wącham się nerwowo. Dobija 21. Lekarz wysyła mi sms, że się spóźni, bo ma problem z obecnym pacjentem.
Jeszcze tego brakowało. Nie mogę go uspokoić, wyzywa się na mnie, że lekarz robi mnie w chuja. Wydarłam się na niego i powiedziałam, że jak jeszcze raz przyjdzie i będzie mi ględził, to zaraz go uśpię innymi metodami. W końcu poszedł do swojego pokoju i leżał. Już nie wychodził. Usnął. Cud. Lekarz zjawił się łaskawie o 22:30, 1,5 spóźnienia. Poszliśmy do jego pokoju. Tam nie było kolorowo. Typowa melina. Bród, smród. A przecież mój brat tak bardzo lubi porządek i czystość. Widocznie wtedy mu jakoś nie przeszkadzało. Po wódce chyba juz nie istotny jest porządek, zapach i czyste ubrania. Ma na tym punkcie obsesje. Tak samo jak na czystości w pokoju, w łazience, w mieszkaniu. pokój wyglądał jak po wojnie. Rozlany alkohol, zupki chińskie, ubrania po całym pokoju. Firanka była szara. Kiedyś pewnie biała. Dywan zalany, na ścianie odpryski po winie. Kołdra bez poszwy. On w slipkach. Lekarz go budził. Po przebudzeniu był w szoku, ale wiedział, że lekarz ma przyjechać i mu pomóc. Wyjaśnił mu, po co tu jest, dlaczego to robi. Brat bełkotał. Lekarz wyjaśnił mu, że to ostatni dzwonek. Że w jego wieku i jeszcze młodszych na intensywnej terapii wysyła do kostnicy. Żeby się zastanowił, że teraz trzeba pomyśleć o terapii, o zaszyciu się i wróceniu do trzeźwości, bo może być za późno, a szkoda by było, gdyby taki młody człowiek już umarł. Brat ma 26 la. Pije od 6 lat. Z tego co ja wiem, ale pewnie już jako małolat zaczął. Myślę, że tak poważnie od 18 roku życia. Dał mu kroplówkę. Dorzucił relanium. Uśpił go. Wypisał nam receptę i dawki jakie mamy mu dawać. Leki na sen, uspokojenie i padaczkę.
Czwartek.
Telefon do siostry. wkurwiona, że nie może z nim wytrzymać. Tabletki nie działają, on nadal wypija alkohole jej, nie śpi i jest męczący. tabletki go trochę uspokoiły, ale nadal chodzi i tłucze wszystko. w wannie pełno krwi, on cała głowa pocięta. upadł, stłukł dużą świeczkę, która jeszcze pocięła mu twarz. Nie wiadomo, czy uszkodził sobie głowę, czy nie. Po pracy pojechałam tam i kontrolowałam go jakiś czas, przekazując mojej siostrze, żeby dawała mu leki. Dawała za mało, te dawki w ogóle na niego nie działały. Poszedł do sklepu, wypiła kilka piwek. Ledwo co chodził, ale to nie powstrzyma alkoholika. To silniejsze. Już nie płakał. Ale jego twarz i wyraz przedstawiały śmierć. On był żywym trupem. Degeneracja. Dno. Chodził do łazienki i darło z niego, jakby chciał sam się wyrzygać. Odgłos jakiegoś bydlęcia.
Piątek.
Od rana sms od siostry, że mieszkanie jest zdemolowane i ona nie chce go juz tam. Chce, żeby się wyprowadził, ona nie będzie na to wszystko patrzyła. Ma dość. Z pogróżkami, jakby to był tylko mój brat. Wkurwiłam się, bo razem ze mną postanowiła mu pomóc, ale jak już było trudniej, to nie wytrzymała i chce go wyrzucić. Tak jest najlepiej, najwygodniej. Zadzwonił do mnie bełkoczącym głosem. Zaczęłam mu wyjaśniać. I tak pewnie nic nie rozumiał, ale przynajmniej się słuchał. Cały czas prosiłam, żeby wziął tabletkę i położył się spać. Dochodziła 12. Nie wytrzymałam i poprosiłam moją szefową, żeby mnie zwolniła, bo mam kłopoty rodzinne. Płakałam. Jak tylko wyszłam z pracy, zaczęłam płakać. Czułam żal, wstyd. Czułam się jakbym to ja miałam problem z alkoholem, a nie mam go. Jestem współuzależniona. Wysiadłam z autobusu. Cała się trzęsłam i bałam. Straszliwie się bałam. Nie mogłam iść, blokowało mnie. Mowę mi odebrało. Bałam się tego, co tam się dzieje, co ja zastanę. Co się z nim dzieje. Czy on jeszcze żyje? Weszłam do mieszkania. On ledwo stał na nogach. Był już ubrany w kurtkę, gotowy do zejścia na dół do sklepu. Prosiłam go bardzo długo, żeby się rozebrał i poszedł spać. Że dam mu tabletki i uśnie. Nie słuchał, chciał bardzo pójść do sklepu. Zaczął ściemniać, że nie ma już papierosów. Po czym znalazłam dwie całe paczki. Kombinował i kłamał. Cały ten czas kłamał. Obrzydliwy kłamczuch. Wstrętny. A ja mu zaufałam. Nie można im ufać. nawet jak będzie potarzał, że on już się zmieni. Gówno prawda. Alkoholik zawsze będzie alkoholikiem. Choć wierzę, że się nawróci. Ale ja już do niego ręki nie wyciągnę. Teraz wszystko zależy od niego.
Dziś już jestem na detoksie. Po całej mojej nocy nie przespanej i nafaszerowaniu go końską dawką tabletek, przespał całą noc. Obudził się trzeźwy. Spakowałam go, odwiozłam i czekam aż coś do niego trafi. Na razie jest potulny, ale w jego oczach jest smutek i kłamstwo. Jestem przekonana, że on będzie nadal pił, że nic nie zrozumiał. Ale to już jego decyzja.
czwartek, 14 stycznia 2016
Ważka
Nie było mnie tutaj przez rok. Wydawałoby się, że to wcale nie tak sporo czasu. A jednak dla mnie to był kawałek życia, w którym dużo się zmieniło, a jeszcze więcej mogło się zmienić. Gdyby nie pewne sytuacje.
Nie chcę się teraz rozpisywać, co dobrego albo co złego mi się przytrafiło. Najbardziej zastanawia mnie to, dlaczego w ciągu tego roku nic nie napisałam?
Wiele razy chciałam "coś" napisać. Zrelacjonować moje dni. Ale nie doszło do tej sytuacji.
Nie chcę się teraz rozpisywać, co dobrego albo co złego mi się przytrafiło. Najbardziej zastanawia mnie to, dlaczego w ciągu tego roku nic nie napisałam?
Wiele razy chciałam "coś" napisać. Zrelacjonować moje dni. Ale nie doszło do tej sytuacji.
Rok temu w Sylwestra obiecałam sobie, że rok 2015, będzie rokiem podróży. I taki był. To nie były tylko podróże fizyczne, ale i duchowe.
Każda podróż ukształtowała mnie i dzięki temu mogłam poznać kolejną cząstkę siebie. Oczywiście, nie będę hipokrytką twierdząc, że już siebie znam, a wręcz przeciwnie. Odkrywam się na nowo. Tak samo i z poznawaniem świata.
Zwiedzając kolejne miejsca odkrywałam, że jestem zadowolona z tego, co mam i z siebie. Z przeróżnych możliwości jakie mam na wyciągniecie ręki, a których nie widziałam wcześniej, bo ktoś mnie sprowadzał "na ziemię" twierdząc, że to niemożliwe. Wcale tak nie jest. Proszę nikogo nie słuchać, tylko swojej intuicji, ciała i głosu wewnętrznego. Może ktoś sobie pomyśleć, że to jakieś brednie i nic nie ważne słowa. Wcale mnie to nie interesuje. Może mnie ktoś nazywać niereformowalną, nienormalną, nie życiowa, czy jakoś tak. Od dziecka mi to wmawiano i blokowano mi moją energię i siłę, z którą się urodziłam. Zaczęłam w nią wierzyć. Zaczęłam wierzyć w siebie i swoją moc.
Niedobre w ludziach jest to, że każdemu chcą na siłę wklepywać swoje mądrości, ale to nie działa u każdego tak samo. Jeśli ktoś czuje inaczej, to czemu nie pozwolimy mu tak robić. Tylko od razu spychamy do wora, które nam się nie podoba.
Nauczmy się akceptować to jakim jest i nie ulepszajmy tego, a pokochajmy. I to nie tylko tyczy się rzeczy, ale i ludzi. Nie uszczęśliwiajmy ich na siłę i nie zmieniajmy.
Ważne jest tu i teraz.
czwartek, 22 stycznia 2015
Brudny Berlin
Z propozycją wyszła Gosia.
- "Jedziemy do Berlina na sylwestra? (To było miesiąc przed)
ja: oczywiście!
Po godzinie napisała, że mam na mailu bilet. I Sylwester z głowy. Ale, żeby nie było tak łatwo, to została najważniejsza kwestia do załatwienia - nocleg. Przekonane, że to formalność, szukałyśmy nie śpiesząc się za specjalnie. Na zasadzie - zdążymy!
Tydzień przed, zaczęłyśmy lekko panikować, ale dzień przed byłyśmy totalnie zdesperowane. Ostatni dzień w pracy 29.12.
Na couchu sporo osób odmówiła, hotele/hostele/motele były za drogie.
Ja już straciłam nadzieję i pogodziłam się, że bilety przepadną. Gosia nie pozwoliła mi tak szybko się poddać. Zadzwoniła do mnie. Byłam przekonana, że ona też zrezygnowała nie liczyłam na cuda.
A jednak!
Udało się!
Z piątej ręki, załatwiłyśmy sobie nocleg za uśmiech. Dosłownie.
Jak człowiek może się pozytywnie zaskoczyć.
Byłyśmy tak zaaferowane, że nie miałyśmy nic przygotowane. Wyjazd na 5 dni. Nie miałam czystych ubrań. Ubrań nie miałam. Byłam na wylocie, bo chwilowo mieszkałam na Wilanowie. Jedną nogą na Ursynowie a większość ciuchów porozrzucana po Warszawie. Zrobiłam szybkie zakupy: MAJTEK!
Okazało się, że nie wzięłam dowodu. Znowu musiałam jechać na Ursynów. Całe życie na wariata.
W końcu się udało. Walizka spakowana, teraz tylko nie usnąć. Wyjazd o 5 rano.
Serce od kawy prawie wyskoczyło mi ze skóry.
Po drodze, oczywiście zaczepił mnie pan na przystanku. To się zdarza.
Prawie 10 godzin autobusem. Aaaa. Moje kolana.
Udało się.
DZIEŃ DOBRY, BERLINIE!
Brudno, szaro-biało.
- "Jedziemy do Berlina na sylwestra? (To było miesiąc przed)
ja: oczywiście!
Po godzinie napisała, że mam na mailu bilet. I Sylwester z głowy. Ale, żeby nie było tak łatwo, to została najważniejsza kwestia do załatwienia - nocleg. Przekonane, że to formalność, szukałyśmy nie śpiesząc się za specjalnie. Na zasadzie - zdążymy!
Tydzień przed, zaczęłyśmy lekko panikować, ale dzień przed byłyśmy totalnie zdesperowane. Ostatni dzień w pracy 29.12.
Na couchu sporo osób odmówiła, hotele/hostele/motele były za drogie.
Ja już straciłam nadzieję i pogodziłam się, że bilety przepadną. Gosia nie pozwoliła mi tak szybko się poddać. Zadzwoniła do mnie. Byłam przekonana, że ona też zrezygnowała nie liczyłam na cuda.
A jednak!
Udało się!
Z piątej ręki, załatwiłyśmy sobie nocleg za uśmiech. Dosłownie.
Jak człowiek może się pozytywnie zaskoczyć.
Byłyśmy tak zaaferowane, że nie miałyśmy nic przygotowane. Wyjazd na 5 dni. Nie miałam czystych ubrań. Ubrań nie miałam. Byłam na wylocie, bo chwilowo mieszkałam na Wilanowie. Jedną nogą na Ursynowie a większość ciuchów porozrzucana po Warszawie. Zrobiłam szybkie zakupy: MAJTEK!
Okazało się, że nie wzięłam dowodu. Znowu musiałam jechać na Ursynów. Całe życie na wariata.
W końcu się udało. Walizka spakowana, teraz tylko nie usnąć. Wyjazd o 5 rano.
Serce od kawy prawie wyskoczyło mi ze skóry.
Po drodze, oczywiście zaczepił mnie pan na przystanku. To się zdarza.
Prawie 10 godzin autobusem. Aaaa. Moje kolana.
Udało się.
DZIEŃ DOBRY, BERLINIE!
Brudno, szaro-biało.
![]() |
| przypadkiem #streetart# |
![]() |
| W głębi osiedla. Nasz blok. |
![]() |
| w drodze do East Side Gallery |
Zwiedziłyśmy to, co wypadało. Berlin nie zrobił wielkiego na mnie wrażenia. Prócz jednego.
To porównanie może nie będzie na miejscu, ale dobre i to.
Tam ci ludzie w porównaniu z naszymi, nie są odrysowani od cyrkla jak grupka ludzi zebrana w jednym miejscu w Warszawie. Ludzie mimo deszczu, śniegu, wiatru jeździli na rowerach. Czułam się też wyjątkowo. Byli dla nas mili, pomagali, uśmiechali się.
Mieszkałyśmy z trzema chłopakami. Francuzami. Nie byli problemowi, ale na przemian puszczali bąki, jarali maryśkę i robili jedzenie, które śmierdziało jak w kebabie albo tanim chińczyku.
Byłyśmy skrepowane, bo po tym wszystkim mieli jakieś dziwne zabawy. I pewnego razu przechodząc obok kuchni zobaczyłam, że zachowywali się dziwnie.
Zazwyczaj kuchnia była zamknięta. Więc nie wiem dlaczego, ale to był dla nas luksus. A tak poza tym, w tym mieszkaniu była domówka na sylwestra. Brałyśmy w niej udział, ale tam ludzie nie tańczą, tylko ciągle rozmawiają...
Byłyśmy senne.
Usnęłyśmy i obudziłyśmy się o 2 w nocy i wtedy otworzyłyśmy w łóżku szampana. Śmiałyśmy się jak szalone i tak przez następne 3 dni.
Co jest ciekawe, że większa częśc Berlina jest w większości cała w grafitti. Intelektualiści przemieszczający się po ulicach. Trampki, dziury, tunele, pełno tatuaży. Kolorowe włosy. To mi się podobało. W oczach ludzi w metrze, czy na ulicy można dostrzec jaką posiadają wrażliwość. Jakie doświadczenie mają i jak wiele jeszcze mają do pokazania.
Mnie w ostatnim dniu zaczepił chłopak w metrze, mówiąc w stylu, że lubi patrzeć na ludzi którzy się uśmiechają, że mam radosną buzie i oczy. (śmiałam się wtedy, na przemian uśmiechając) chyba był naćpany, ale...
haha
Jakoś nie za specjalnie chce mi się już opisywać. Więc skończę na tym.
Pozdrawiam fanów!
poniedziałek, 17 listopada 2014
melodia ulotna
Jak Merlin Monroe.
Tak się czuję.
Przyciągam i oddalam.
"Smaruję usta miodem".
Powinnam zostać aktorką. Jestem bardziej niedostępna niż nie jedna gwiazda.
Grafik napięty.
Próbuję stanąć na nogi.
Tłumy walą oknami, bo drzwiami im się znudziło. Spokój. Dogania mnie. Uratuje mnie.
Czego oni wszyscy ode mnie chcą?
Wyciągam ręce.
Muzyka, melodia uratuje mnie dziś.
Śpię. Spokój.
Jestem podniecona, ale ostrożna. Oczy szeroko otwarte ale głowa w chmurach.
POprzestawiały się pewne ścianki. Zmienił się obraz. Widzę, jakby lepiej. Ale w dalszym ciągu nie idealnie.
Czuję się spokojna. Sen. Mam dobry sen.
Tak się czuję.
Przyciągam i oddalam.
"Smaruję usta miodem".
Powinnam zostać aktorką. Jestem bardziej niedostępna niż nie jedna gwiazda.
Grafik napięty.
Próbuję stanąć na nogi.
Tłumy walą oknami, bo drzwiami im się znudziło. Spokój. Dogania mnie. Uratuje mnie.
Czego oni wszyscy ode mnie chcą?
Wyciągam ręce.
Muzyka, melodia uratuje mnie dziś.
Śpię. Spokój.
Jestem podniecona, ale ostrożna. Oczy szeroko otwarte ale głowa w chmurach.
POprzestawiały się pewne ścianki. Zmienił się obraz. Widzę, jakby lepiej. Ale w dalszym ciągu nie idealnie.
Czuję się spokojna. Sen. Mam dobry sen.
sobota, 25 października 2014
dwojaki typ
Brak telewizji, internetu.
W kuchni tylko radio, a w pokoju dwie półki przeróżnych książek.
Powrót do korzeni, można by rzec.
W łóżku samotność.
Na zewnątrz teatr.
Poprzez czytanie, przenosisz sie do innej krainy. I już później nie wiesz, czy dalej czytasz, czy to się dzieje naprawdę.
Jednocześnie masz wrażenie, ze bierzesz udział w jakiejś sztuce.
Starasz się mówić i zachowywać, jak tego wymaga od Ciebie reżyser.
Małe pominiecie tekstu, Twoja rola zmienia sens calego spektaklu.
Chcesz szybko sie poprawić. I wrócić do swojej roli.
Prosisz o podpowiedz. Nie otrzymujesz. Musisz sam sobie ja przypomnieć. W końcu tracisz cierpliwość, że jesteś uzależniony i zerkasz do scenariusza.
Udało sie. Przypomniałeś sobie, to co trzeba, jak, gdzie i z kim.
Stajesz sie spokojny. Opanowałeś to, co od Ciebie wymagał reżyser. Grasz tak, jak on tego chce.
A Ty juz nie wiesz, czego Ty chciałeś...
W kuchni tylko radio, a w pokoju dwie półki przeróżnych książek.
Powrót do korzeni, można by rzec.
W łóżku samotność.
Na zewnątrz teatr.
Poprzez czytanie, przenosisz sie do innej krainy. I już później nie wiesz, czy dalej czytasz, czy to się dzieje naprawdę.
Jednocześnie masz wrażenie, ze bierzesz udział w jakiejś sztuce.
Starasz się mówić i zachowywać, jak tego wymaga od Ciebie reżyser.
Małe pominiecie tekstu, Twoja rola zmienia sens calego spektaklu.
Chcesz szybko sie poprawić. I wrócić do swojej roli.
Prosisz o podpowiedz. Nie otrzymujesz. Musisz sam sobie ja przypomnieć. W końcu tracisz cierpliwość, że jesteś uzależniony i zerkasz do scenariusza.
Udało sie. Przypomniałeś sobie, to co trzeba, jak, gdzie i z kim.
Stajesz sie spokojny. Opanowałeś to, co od Ciebie wymagał reżyser. Grasz tak, jak on tego chce.
A Ty juz nie wiesz, czego Ty chciałeś...
w obiektywie
Jesteś sobie czlowiekiem.
Z jakimś tam charakterem, osobowością.
Nie wnikam i nie zagłębiam się. Bo po co o tym pisać, skoro i tak nie każdy to doceni.
Siedzi sobie taki szary człowiek, na przystanku.
Czeka na swoją kolej.
Piątek.
Przez większość wybłagany dzień w tygodniu.
Z niecierpliwością wypatruję swojego autobusu. Obok siedzi młoda kobieta, pewnie w tym samym celu. Jest jakaś taka smutna.
Przecież dla większości to już dzień wolny.
Od pracy. Niby...
Nie wygląda, jakby miała pracować w sobotę.
Rozgląda się na boki, poprawia włosy, wieje chłodny wiatr.
Co chwilę zerka na telefon. Pewnie patrzy na zegarek. Jednak nie. Wyciąga szminkę i maluje usta. Robi to w sposob tak zmysłowy, że nie mogę oderwać od niej wzroku.
Ona wyciągała ten telefon, jako swojego zwierciadełka. Wyglądała przeuroczo.
Bacznie się jej przyglądam. Zauważa to.
Mimo głębokiego spojrzenia, nie peszy się, uśmiecha zalotnie, wiedząc, że wyglądało to dość nietypowo.
W końcu jest.
Doczekaliśmy się kolejki.
Jedziemy.
Razem.
Usiadła dość blisko mnie.
Zerkam na nią. Co chwila, ktoś mi ja]ś zasłania, ale widzę, ze i ona zerka na mnie.
Widzi w moim spojrzeniu, zaintrygowanie jej postacią. Bacznie się jej przyglądam.
Ktoś do niej zagaduje.
Ktoś się uśmiecha.
Ktoś, ktoś, ktoś...
Czyli jednak - myślę sobie.
Coś w niej jest.
Nikt nie przechodzi obok niej obojetnie. Kim ona jest?
Co ma w sobie tak elektryzującego, że nie tylko ja to widzę.
Niech ta wspólna podróż trwa dłużej.
Zbliża się mój przystanek. Przystanek, na który czekałem od samego rana.
Dopóty, dopóki nie spotkałem jej.
Już mi się tak nie spieszyło.
Nie wymieniliśmy słowa.
A przez te podróż z nią, która trwała chwilę, dla mnie chwilę.
Opowiedziała mi piękną historię o sobie.
Wiedziała, że jej słucham.
Słuchałem.
Ukłoniłem się.
Życząc jej ( nie używając słów) piękniejszych historii niż ta, która mi opowiedziała.
Z jakimś tam charakterem, osobowością.
Nie wnikam i nie zagłębiam się. Bo po co o tym pisać, skoro i tak nie każdy to doceni.
Siedzi sobie taki szary człowiek, na przystanku.
Czeka na swoją kolej.
Piątek.
Przez większość wybłagany dzień w tygodniu.
Z niecierpliwością wypatruję swojego autobusu. Obok siedzi młoda kobieta, pewnie w tym samym celu. Jest jakaś taka smutna.
Przecież dla większości to już dzień wolny.
Od pracy. Niby...
Nie wygląda, jakby miała pracować w sobotę.
Rozgląda się na boki, poprawia włosy, wieje chłodny wiatr.
Co chwilę zerka na telefon. Pewnie patrzy na zegarek. Jednak nie. Wyciąga szminkę i maluje usta. Robi to w sposob tak zmysłowy, że nie mogę oderwać od niej wzroku.
Ona wyciągała ten telefon, jako swojego zwierciadełka. Wyglądała przeuroczo.
Bacznie się jej przyglądam. Zauważa to.
Mimo głębokiego spojrzenia, nie peszy się, uśmiecha zalotnie, wiedząc, że wyglądało to dość nietypowo.
W końcu jest.
Doczekaliśmy się kolejki.
Jedziemy.
Razem.
Usiadła dość blisko mnie.
Zerkam na nią. Co chwila, ktoś mi ja]ś zasłania, ale widzę, ze i ona zerka na mnie.
Widzi w moim spojrzeniu, zaintrygowanie jej postacią. Bacznie się jej przyglądam.
Ktoś do niej zagaduje.
Ktoś się uśmiecha.
Ktoś, ktoś, ktoś...
Czyli jednak - myślę sobie.
Coś w niej jest.
Nikt nie przechodzi obok niej obojetnie. Kim ona jest?
Co ma w sobie tak elektryzującego, że nie tylko ja to widzę.
Niech ta wspólna podróż trwa dłużej.
Zbliża się mój przystanek. Przystanek, na który czekałem od samego rana.
Dopóty, dopóki nie spotkałem jej.
Już mi się tak nie spieszyło.
Nie wymieniliśmy słowa.
A przez te podróż z nią, która trwała chwilę, dla mnie chwilę.
Opowiedziała mi piękną historię o sobie.
Wiedziała, że jej słucham.
Słuchałem.
Ukłoniłem się.
Życząc jej ( nie używając słów) piękniejszych historii niż ta, która mi opowiedziała.
sobota, 18 października 2014
Trup w szafie.
Jacek, Tomek, Szymon, Łukasz, Artur, Krzysiek, Daniel, Maciek, Sylwek, Bartek, Alek, Piotrek...
Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Ale to chyba nie istotne. Każdy z nich, miał "trupa w szafie". Co to oznacza? - coś co nie do końca współgrało w naszej relacji.
Zauważyłam pewną prawidłowość - każdy z nich jest egoistą. Choć od samego początku było to widoczne, mimo wszystko wmawiałam sobie: " nie, to tylko chwilowe, tak mi się wydaję, nakręcam się". Jednak szybko mnie nudzili i chciałam czegoś nowego. Tak jak i ja, oni też potrzebowali ciągłego kontaktu z nowymi osobami, pogoni za ideałami i przeżyciami. To jedna z przyczyn, choć znalazłoby się sporo innych. Ale czy to tak naprawdę o to chodzi?
W co ja mam wierzyć? - ja się pytam. W co?
Stwierdziłam, że wiara w siebie, będzie najlepszą wiarą jaką mogę wybrać. Tak też się stało. To mnie umacnia i rozwija. Czytam, dużo czytam. Otwieram się na nowe doznania. Ale nie tylko te za pomocą ciała, ale przede wszystkim umysłu. Metafizyka. To jest to.
Ostatnio tak mam, że nudzą mnie ludzie. I z wzajemnością, pewnie. Coraz mniej chce mi się z nimi gadać, spotykać. Polubiłam swoją samotność. Jednak mieszkanie samemu po części rozwija i pozwala ci się samemu kształcić. Doceniać swój czas, możliwość robienia czegoś tylko i wyłączenie dla siebie.
Egoizm mężczyzn, z którymi się spotykałam, w końcu przeszedł na mnie. Ah, jak mi dobrze. I mimo, że nie organizuję spotkań, zamykam się w mojej krainie, to i tak ludzie mnie odwiedzają, piszą, dręczą, myślą. Nie ucieknę przez nimi. I to nie na zasadzie, że ja och do siebie zniechęciłam. Ja ich zniechęcam, odmawiając spotkań, bo ewidentnie nie mam na to ochoty.
To samo w relacjach damsko-męskich. Nie mam ochoty się z nimi spotykań. Nie ma chemii. Gwiezdnych wojen, nie ma nic, co mogłoby mnie zatrzymać na dłużej. Albo dorośli chłopcy albo kretyn i gamoń. Albo-albo.
Już nawet mi się nie chce pisać. To takie męczące.
Oni mają po prostu "trupa w szafie".
Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Ale to chyba nie istotne. Każdy z nich, miał "trupa w szafie". Co to oznacza? - coś co nie do końca współgrało w naszej relacji.
Zauważyłam pewną prawidłowość - każdy z nich jest egoistą. Choć od samego początku było to widoczne, mimo wszystko wmawiałam sobie: " nie, to tylko chwilowe, tak mi się wydaję, nakręcam się". Jednak szybko mnie nudzili i chciałam czegoś nowego. Tak jak i ja, oni też potrzebowali ciągłego kontaktu z nowymi osobami, pogoni za ideałami i przeżyciami. To jedna z przyczyn, choć znalazłoby się sporo innych. Ale czy to tak naprawdę o to chodzi?
W co ja mam wierzyć? - ja się pytam. W co?
Stwierdziłam, że wiara w siebie, będzie najlepszą wiarą jaką mogę wybrać. Tak też się stało. To mnie umacnia i rozwija. Czytam, dużo czytam. Otwieram się na nowe doznania. Ale nie tylko te za pomocą ciała, ale przede wszystkim umysłu. Metafizyka. To jest to.
Ostatnio tak mam, że nudzą mnie ludzie. I z wzajemnością, pewnie. Coraz mniej chce mi się z nimi gadać, spotykać. Polubiłam swoją samotność. Jednak mieszkanie samemu po części rozwija i pozwala ci się samemu kształcić. Doceniać swój czas, możliwość robienia czegoś tylko i wyłączenie dla siebie.
Egoizm mężczyzn, z którymi się spotykałam, w końcu przeszedł na mnie. Ah, jak mi dobrze. I mimo, że nie organizuję spotkań, zamykam się w mojej krainie, to i tak ludzie mnie odwiedzają, piszą, dręczą, myślą. Nie ucieknę przez nimi. I to nie na zasadzie, że ja och do siebie zniechęciłam. Ja ich zniechęcam, odmawiając spotkań, bo ewidentnie nie mam na to ochoty.
To samo w relacjach damsko-męskich. Nie mam ochoty się z nimi spotykań. Nie ma chemii. Gwiezdnych wojen, nie ma nic, co mogłoby mnie zatrzymać na dłużej. Albo dorośli chłopcy albo kretyn i gamoń. Albo-albo.
Już nawet mi się nie chce pisać. To takie męczące.
Oni mają po prostu "trupa w szafie".
wtorek, 19 sierpnia 2014
Życie to podróż. Lwów.
Od słowa do słowa i z dnia na dzień pojechałam do Lwowa. Podróże małe i duże. Tak to w większości powinno wyglądać. Im bardziej się zastanawiamy nad jakimś pomysłem, tym bardziej nie wprowadzamy go w życie. A tu? - im częściej jestem spontaniczna, tym lepiej na tym wychodzę. Kolejna podróż do Rumunii.
Dlaczego Lwów? - tak blisko granica, a ja nigdy nie mogłam odwiedzić tego miasta. To wstyd. Tak, też powiedziałam Julii, która zabrała mnie do siebie na 3 dni. Wyjechałyśmy rano w piątek jej samochodem. Zabrała ze sobą dwóch znajomych, też z Ukrainy. Całą drogę mówili po ukraińsku, a ja siedziałam z tyłu i spałam, bo w czwartek byłam na urodzinach kolegi i miałam kaca gigant. Ale mimo wszystko, podróż była przyjemna. Na granicy nie czekaliśmy długo. Po 30 min nas przepuścili, więc tym bardziej dojazd tam był płynny i szybki. A we Lwowie? Pięknie i karnawałowo. Myślicie, że to jakieś pomówienia? - absolutnie. W piątek o północy nie mogłyśmy znaleźć miejsca, żeby coś zjeść i napić się drinka. Już nie wspominając o parkowaniu.
Nie mieszkałam w centrum, tylko 15 km od Lwowa, w stronę Kijowa. To bardzo ważna informaja. Gdyż życie już w tamtej okolicy, różniło się diametralnie. Chociażby nawet tym, że tam ludzie boją się o swoją sytuację życiową. Kupują opał na zimę, bo może okazać się, że Putin odetnie im gaz. Co nie zmienia faktu, że zostałam bardzo ciepło przyjęta. Na moją cześć, został zabity KOGUT. Co prawda, od dwóch miesięcy nie jem mięsa, z grzeczności zjadłam bardzooo mały kawałek. Od tamtej pory zrozumiałam, że nie zjem już mięsa. Nie dlatego, że był nie smaczny, ale, że pierwszy raz dostałam obrzydzenia, bo pomyślałam o tym żyjącym zwierzątku. No nic. W każdym razie, przywitana, nakarmiona z pełnym brzuszkiem. Najbardziej rozbawiło mnie, jak po śniadaniu o 11:00, zaprosili mnie do jadalni na "kielicha". Ja ledwo przytomna, po nocnych wojażach we Lwowie, a tu wóda do picia, przed południem. Wybrałam whisky, oni też. Tylko była między nami różnica. Oni pół szklanki wypili "duszkiem", a ja 15 min w drinku. I tym sposobem o 12 byłam pijana. A wujek Julii, poszedł rąbać drwa. Tak to się wszystko tam ma. Za to powrót miałam boski. Miało być mało ludzi i podróż spokojna. Okazał się cały autobus, zero Polaków, ja i moja Ukraina. Poznałam siedemnastoletniego chłopca, który będzie studiował na Uniwersytecie Wrocławskim. Przyjemna rozmowa, dzięki której podroż stała się znośna.
Dlaczego Lwów? - tak blisko granica, a ja nigdy nie mogłam odwiedzić tego miasta. To wstyd. Tak, też powiedziałam Julii, która zabrała mnie do siebie na 3 dni. Wyjechałyśmy rano w piątek jej samochodem. Zabrała ze sobą dwóch znajomych, też z Ukrainy. Całą drogę mówili po ukraińsku, a ja siedziałam z tyłu i spałam, bo w czwartek byłam na urodzinach kolegi i miałam kaca gigant. Ale mimo wszystko, podróż była przyjemna. Na granicy nie czekaliśmy długo. Po 30 min nas przepuścili, więc tym bardziej dojazd tam był płynny i szybki. A we Lwowie? Pięknie i karnawałowo. Myślicie, że to jakieś pomówienia? - absolutnie. W piątek o północy nie mogłyśmy znaleźć miejsca, żeby coś zjeść i napić się drinka. Już nie wspominając o parkowaniu.
Mała MISS.
Znowu zabieram się do pisania, jak kot do jeża. Ale jak to mówią: "najlepiej się pisze, jak jest ci źle!". Cóż.
A ja tak naprawdę nie wiem, czy jest mi źle, czy dobrze. Staram się o tym nie myśleć. Po prostu toczy się to wszystko. Co prawda, zaczynam powoli zmieniać swoje życie. I pierwszym krokiem była wyprowadzka od mojej siostry. Decyzja była natychmiastowa, ale mimo jakichkolwiek komplikacji, czuję się dobrze. Obecnie, jeszcze nie na swoim, bo pomieszkuję u znajomej, ale od października, sama, w swojej kawalerce. Może to infantylne, ale w sumie dlaczego, mam o tym nie napisać. Przez większość swojego istnienia, byłam przekonana, że bez towarzystwa popadnę w smutek, osamotnienie i oszaleje sama ze sobą. Im jestem starsza, tym bardziej uciekam w samotność i ciszę. I naprawdę nie czuję się z tym źle.
Ze znajomymi spotykam się. Oczywiście. Ale wracam do domu i energia jest ze mnie wyssana. Wczoraj do trzeciej nad ranem oglądałam film. Zastanawiałam się, jakby to było, gdybym przestała mówić? Nie chce mi się mówić. Męczą mnie rozmowy. Jakoś nie potrafię się na nich skupiać, a już przede wszystkim słuchać. Najchętniej wykonywałabym wszystko, za pomocą mimiki albo kartek. Krótkie informacje, które w zupełności wystarczą. Przynajmniej nikt niepotrzebnie się nie rozgaduje, ani ja nie muszę się produkować i udawać, że mnie to interesuje. Cierpię na depresję i to nie od dziś, więc te rozmowy jeszcze bardziej mnie dopijają. Nie mam ochoty słuchać, jak narzekają inni. To mi nie pomaga, tyko jeszcze bardziej irytuje, co doprowadza do tego, że mam ochotę komuś włożyć nożyczki w plecy. Jak najdalej od ludzi, bo wysysają ze mnie wszystko.
Dziś pojawiła się informacją w necie, że zmarł Robin Williams - cierpiał na depresję.
Naprawdę? - niemożliwe. Jak tak wesoły człowiek, mógł takie coś zrobić. Przecież był komikiem etc etc. Można by wymieniać cechy nie wskazujące na depresję, problem i pomysł na popełnienie samobójstwa.
Jak mnie to irytuje, jak czytam te wszystkie komentarze. Doprawdy - żałosne. Cierpi milion osób na DEPRESJĘ. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że to bliska nam osoba. Nie chcę, żeby to był wywód moralizatorski, ale nie chciałabym, żeby traktowana była infantylnie.
A ja tak naprawdę nie wiem, czy jest mi źle, czy dobrze. Staram się o tym nie myśleć. Po prostu toczy się to wszystko. Co prawda, zaczynam powoli zmieniać swoje życie. I pierwszym krokiem była wyprowadzka od mojej siostry. Decyzja była natychmiastowa, ale mimo jakichkolwiek komplikacji, czuję się dobrze. Obecnie, jeszcze nie na swoim, bo pomieszkuję u znajomej, ale od października, sama, w swojej kawalerce. Może to infantylne, ale w sumie dlaczego, mam o tym nie napisać. Przez większość swojego istnienia, byłam przekonana, że bez towarzystwa popadnę w smutek, osamotnienie i oszaleje sama ze sobą. Im jestem starsza, tym bardziej uciekam w samotność i ciszę. I naprawdę nie czuję się z tym źle.
Ze znajomymi spotykam się. Oczywiście. Ale wracam do domu i energia jest ze mnie wyssana. Wczoraj do trzeciej nad ranem oglądałam film. Zastanawiałam się, jakby to było, gdybym przestała mówić? Nie chce mi się mówić. Męczą mnie rozmowy. Jakoś nie potrafię się na nich skupiać, a już przede wszystkim słuchać. Najchętniej wykonywałabym wszystko, za pomocą mimiki albo kartek. Krótkie informacje, które w zupełności wystarczą. Przynajmniej nikt niepotrzebnie się nie rozgaduje, ani ja nie muszę się produkować i udawać, że mnie to interesuje. Cierpię na depresję i to nie od dziś, więc te rozmowy jeszcze bardziej mnie dopijają. Nie mam ochoty słuchać, jak narzekają inni. To mi nie pomaga, tyko jeszcze bardziej irytuje, co doprowadza do tego, że mam ochotę komuś włożyć nożyczki w plecy. Jak najdalej od ludzi, bo wysysają ze mnie wszystko.
Dziś pojawiła się informacją w necie, że zmarł Robin Williams - cierpiał na depresję.
Naprawdę? - niemożliwe. Jak tak wesoły człowiek, mógł takie coś zrobić. Przecież był komikiem etc etc. Można by wymieniać cechy nie wskazujące na depresję, problem i pomysł na popełnienie samobójstwa.
Jak mnie to irytuje, jak czytam te wszystkie komentarze. Doprawdy - żałosne. Cierpi milion osób na DEPRESJĘ. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że to bliska nam osoba. Nie chcę, żeby to był wywód moralizatorski, ale nie chciałabym, żeby traktowana była infantylnie.
czwartek, 17 lipca 2014
Norway? - dlaczego teraz o tym piszę?
Ano właśnie. Minął kwartał, zanim zdecydowałam się napisać post. Dlaczego przerwałam pisanie? - jestem szczęśliwa- odpowiem. A czym jest to szczęście?- Bycie w zgodzie samej ze sobą.
Po podróży z Norwegii, wróciłam odmieniona. To był dobry czas dla mnie. Dla duszy. Jakby wszystko, co było zagadką stało się jasne i jakieś takie proste w wykonaniu. Spędziłam tam dwa tygodnie. Z moim bratem i jego przyszłą żoną. Czas z nimi i to jak pokazywali mi swoją wegetację tam, dało mi dużo do myślenia. Piękne krajobrazy, fiordy, łowienie ryb. Zastanawiam się poważnie nad wędkarstwem. Wstawanie o 5 nie sprawiało mi żadnego problemu. Wręcz byłam podniecona, że czeka mnie łowienie i ten cały rytuał. Złowiłam pierwszy raz rybę - Dorsza, ale była za mała, żeby ją zabrać do domu, na obiad. Oto kilka zdjęć:
Jeśli chodzi o Norway, to tyle.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





.png)
.png)
.png)









