Czwarte spotkanie.
Standardowo Pani terapeutka pyta mnie jakie mam przemyślenia po ostatniej wizycie i jak się czułam. Odpowiadam jej, że było mi bardzo smutno i płakałam przez całą drogę do pracy, ale jak już wróciłam do domu, to czułam się dużo lepiej niż ostatnio.
Ona twierdzi, że za każdym razem będzie lepiej, bo dużo z siebie wyrzucam i pracuję nad poprawą i zrozumieniem tego wszystkiego.
Między sesjami czytam książki, które mi poleciła. One naprawdę nakierowują mnie i wyjaśniają moje zachowania albo zachowania innych. Później jej o tym opowiadam i ona podejmuje temat w związku z moimim rozterkami.
Ja opowiadam jej, że np. zrozumiałam dlaczego mama tak się zachowywała- bo nie potrafiła inaczej. Że trochę zrobiło mi się szkoda ojca, bo miał ciężkie dzieciństwo, ale kto nie miał. Zresztą on sam mimo to, sprawił, że ja nie miałam lekko. Ale czasem mi go żal. Jak o tym mówiłam, to płakałam. Pani zapytała, czy czuję litość czy troskę. Chyba troskę, aż tak bardzo nie chcę się nad nim rozczulać.
Rozmawiamy dużo o moim rodzeństwie. Cały czas ta moja siostra krąży na kolejnych sesjach. Brat też. Tydzień temu wróciła z NYC i zaczęłam Pani Psycholog opowiadać jak z bratem umówiliśmy się, że ją odwiedzimy i przywitamy. Nie widzieliśmy jej prawie rok. Trochę się stęskniłam. Ja byłam pierwsza, on dojechał później. Uściskałam się z nią, pogratulowałam dobrego lotu i, że bezpiecznie wylądowała. Rozdzieliła prezenty, chwilę pogadałyśmy i zaczęło się robić nudno. Ona w telefon, ciągle odbierała telefony, a ja już nie mogłam się doczekać, kiedy przyjedzie po mnie Ukochany. Po chwili, przyjechał mój brat, wręczył nam róże. Byłam zaskoczona, ale już kiedyś dostałam od niego kwiaty. Podziękowałam i zaczęliśmy wspólnie rozmawiać.
Moja siostra zaczęła go wypytywać czy pije? ile już nie pije? Okazało się, że dwa tygodnie.
Później odwiedziła ją koleżanka i już nasza rozmowa została przerwana. Po jakimś czasie zebrałam się i wróciłam do domu. Brat jeszcze został. Po dwóch godzinach dzwoni siostra, piszę jego dziewczyna, że nie wrócił i chyba jest pijany. Tak brzmiał przez telefon.
Na co, ja, że ja tam nie wiem, co on robi, jest dorosły i mnie to za specjalnie nie interesuje.
Po raz pierwszy nie wybuchłam, nie zdenerwowałam się i nie zamartwiłam. Upił się, jego sprawa. Ja nie będę go kontrolować i zamartwiać się. Sorry.
Pani psycholog powiedziała, że jest poprawa, że jestem bardziej świadoma. Byłam z siebie dumna. Nawet. Powiedziałam jej, że chyba powoli udaje mi się ich odcinam i ja się odcinam. Ale ona mi powiedziała, że to może jeszcze trochę potrwać, ale jestem na dobrej drodze.
Pierwszy raz nie płakałam, nawet się śmiałam, bo to co się wydarzyło z tym moim bratem i znowu z tą samą sytuacją, że to już zaczyna być zabawne. Przestaje mnie ruszać tak jak kiedyś.
Czułam się lekka i z dobrym nastawianiem.
Zadzwoniłam do swojego narzeczonego, pochwalić się swoimi osiągnięciami.
W domu czekała na mnie kolacja. Piliśmy winko, rozmawiało się przyjemnie do momentu kiedy zadzwoniła moja siostra.
Przez chwilę był spokój nagle z łazienki, w której z nią gadałam zaczęłam się drzeć i przekszywkiwać. Wpadałam w szał i złość. Rozłączyłam się.
Mój chłopak nie wiedział co się dzieje. A ja, że jednak jeszcze nie zaakceptowałam do końca rzeczywistości i mojego rodzeństwa, bo nadal wpadam w szał i złość.
Oczywiście poszło o głupotę. Moja siostra standardowo zaczęła mi coś wmawiać. Absolutnie nie znając mnie i sytuacji, ale oczywiście ona wie najlepiej.
I tak było cały czas.
Moje jest najmojsze.
"Nie umiem pisać, ale jestem tego rodzaju debilem, który jeżeli czegoś nie umie, to go to strasznie wciąga. Lubię po prostu to, czego nie umiem, co jest nieznane." M.P.
Translate
poniedziałek, 5 grudnia 2016
piątek, 25 listopada 2016
Bezdech dziecka.
Trzecie spotkanie.
Pyta mnie czy mam przemyślenia po ostatniej wizycie i jak się czułam i czuję.
- Nijak. Odpowiadam.
Choć te książki, które mi Pani poleciła trochę mi pomogły.
- Którą książkę Pani przeczytała?- zapytała.
- Toksyczni rodzice. Przeczytałam całą.
- Czy ta książka jakoś Pani pomogła zrozumieć pewne sprawy?- dodała.
- Tak, znalazłam tam siebie i historie podobne do moich. Już znam pojęcie toksycznych rodziców. wiem, co nimi kierowało i dlaczego tak a nie inaczej traktowali mnie, a dziś ja myślę o sobie. Zaczęłam czytać tę drugą. Koniec współuzależnienia. Ona pewnie też będzie miała dla mnie kilka odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Jestem po pierwszym rozdziale, ale już znalazłam w nim informację, że 'współuzależnienie' są bardziej chorzy niż "uzależnieni". Kontrolowanie, zamartwianie się. Życie ich życiem, a nie swoim. Brak odzielenia się od nich i ich problemów. Wyrzuty sumienia za każdym razem jak nie uda się zapanować nad sytuacją. Obsesyjne sprawdzanie i analizowanie. Tak, to wyczytałam i ja to mam. Była tam wzmianka o kobiecie, która umarła w wieku 33 na "starość". Zz dużo stresu i współuzależnienie ją zabiło. Ja nie chcę tak żyć.
Podsumowała to, że to dopiero początek jak będę zauważać coraz więcej w sobie tego, że nie mam kontroli nad swoim życiem i jak będę ją odzyskiwać to moje życie będzie się diametralnie zmieniało.
Jak tylko zacznę słuchać swojej intuicji, która jest przygaszona innymi, którzy odebrali mi moje własne zdanie i myślenie poprzez narzucanie "swoich" prawd.
Moje życie, emocje, uczucia powoli zaczną być tylko moje. Niczyje inne. jakie to musi być cudowne. Ciekawa jestem tego wszystkiego.
Po chwili zapytała mnie.
- Za co Pani ma największy żal do taty?
Zaczęłam płakać. Nie mogłam wydusić z siebie słowa. Po chwili jednak cicho i drżącym głosem wydusiłam kilka słów.
- Za to, że nas zostawił, za to, że nie był taki prawdziwy tata, że na mnie krzyczał, że mnie nie przytulał, że nie kochał, że pił. Dużo tego jest.
- Ma Pani dużo żalu i złości dla taty. - podsumowała moje dukanie.
- A na 100 % ile Pani dałaby tacie za pozytywne chwile jakie Pani z nim miała?
Znowu zaczęłam płakać. Dusiło mnie gardle, zaczęła mnie boleć głowa. Czułam, że puchnę.
- 40%, ale nie jestem pewna, czy ja sobie tego nie wymyśliłam, czy ja bym tyle chciała mieć. Ale wydaje mi się, że 20/100. Tak, zostanę przy 20%.
Zaczęłam jej opowiadać o tych 20% dobrych chwil z moim ojcem.
- Czyli nie jest to 0%, jest 20% to dużo. To naprawdę dużo.
- Dla mnie nie, dla mnie to bardzo mało - dodałam ciągle płacząc.
- Pani Marto, teraz Pani tego nie rozumie, ale na kolejnych sesjach będę Pani wyjaśniała, że to jednak bardzo dużo. Czyli ma Pani też dobre wspomnienia z ojcem.
Jak zaczęła mi to wyjaśniać i analizować nie rozumiałam jej. Chciałam krzyczeć, że przecież to jest nic. To nic a porównaniu z stuprocentowym zadowoleniem.
Pyta mnie czy mam przemyślenia po ostatniej wizycie i jak się czułam i czuję.
- Nijak. Odpowiadam.
Choć te książki, które mi Pani poleciła trochę mi pomogły.
- Którą książkę Pani przeczytała?- zapytała.
- Toksyczni rodzice. Przeczytałam całą.
- Czy ta książka jakoś Pani pomogła zrozumieć pewne sprawy?- dodała.
- Tak, znalazłam tam siebie i historie podobne do moich. Już znam pojęcie toksycznych rodziców. wiem, co nimi kierowało i dlaczego tak a nie inaczej traktowali mnie, a dziś ja myślę o sobie. Zaczęłam czytać tę drugą. Koniec współuzależnienia. Ona pewnie też będzie miała dla mnie kilka odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Jestem po pierwszym rozdziale, ale już znalazłam w nim informację, że 'współuzależnienie' są bardziej chorzy niż "uzależnieni". Kontrolowanie, zamartwianie się. Życie ich życiem, a nie swoim. Brak odzielenia się od nich i ich problemów. Wyrzuty sumienia za każdym razem jak nie uda się zapanować nad sytuacją. Obsesyjne sprawdzanie i analizowanie. Tak, to wyczytałam i ja to mam. Była tam wzmianka o kobiecie, która umarła w wieku 33 na "starość". Zz dużo stresu i współuzależnienie ją zabiło. Ja nie chcę tak żyć.
Podsumowała to, że to dopiero początek jak będę zauważać coraz więcej w sobie tego, że nie mam kontroli nad swoim życiem i jak będę ją odzyskiwać to moje życie będzie się diametralnie zmieniało.
Jak tylko zacznę słuchać swojej intuicji, która jest przygaszona innymi, którzy odebrali mi moje własne zdanie i myślenie poprzez narzucanie "swoich" prawd.
Moje życie, emocje, uczucia powoli zaczną być tylko moje. Niczyje inne. jakie to musi być cudowne. Ciekawa jestem tego wszystkiego.
Po chwili zapytała mnie.
- Za co Pani ma największy żal do taty?
Zaczęłam płakać. Nie mogłam wydusić z siebie słowa. Po chwili jednak cicho i drżącym głosem wydusiłam kilka słów.
- Za to, że nas zostawił, za to, że nie był taki prawdziwy tata, że na mnie krzyczał, że mnie nie przytulał, że nie kochał, że pił. Dużo tego jest.
- Ma Pani dużo żalu i złości dla taty. - podsumowała moje dukanie.
- A na 100 % ile Pani dałaby tacie za pozytywne chwile jakie Pani z nim miała?
Znowu zaczęłam płakać. Dusiło mnie gardle, zaczęła mnie boleć głowa. Czułam, że puchnę.
- 40%, ale nie jestem pewna, czy ja sobie tego nie wymyśliłam, czy ja bym tyle chciała mieć. Ale wydaje mi się, że 20/100. Tak, zostanę przy 20%.
Zaczęłam jej opowiadać o tych 20% dobrych chwil z moim ojcem.
- Czyli nie jest to 0%, jest 20% to dużo. To naprawdę dużo.
- Dla mnie nie, dla mnie to bardzo mało - dodałam ciągle płacząc.
- Pani Marto, teraz Pani tego nie rozumie, ale na kolejnych sesjach będę Pani wyjaśniała, że to jednak bardzo dużo. Czyli ma Pani też dobre wspomnienia z ojcem.
Jak zaczęła mi to wyjaśniać i analizować nie rozumiałam jej. Chciałam krzyczeć, że przecież to jest nic. To nic a porównaniu z stuprocentowym zadowoleniem.
piątek, 18 listopada 2016
Będę twoją panią.
Drugie spotkanie.
Wizyta odbyła się o godzinie ósmej. Myślałam, że nie wstanę, bo jednak do rannych ptaszków nie należę.
Zapytała mnie, czy po ostaniej wizycie mam jakieś przemyślenia.
Stwierdziłam, że chyba o czymś myślałam.
Np.
- nie matkować!
- nie oceniać!
- nie doradzać!
To oczywiście dotyczy mojej rodziny, którą mamy się zająć.
Na niej się skupiamy. Ale i nie tylko. Znajomi też. Te wszystkie hasła z "nie" są celowe, bo siostra, brat i rodzice wciągają mnie w swoje problemy, a ja denerwuję się i strasznie to przeżywam. Ja się o nich troszczę jak matka i czuję się bezsilna jak nie potrafię im doradzić i zrobić za nich wszystkiego.
Matka Polka. Wszystkie dzieci moje są.
- "Proszę Pani, to właśnie o to chodzi, żeby Panią od nich odciąć. Oni są dorośli, Pani też. Nie może Pani ponosić za nich odpowiedzialności. Pani jest dorosła i musi sama o siebie zadbać. Nie może żyć Pani ich życiem.
Też mi się tak wydawało. Dlaczego mimo to czuję wyrzuty sumienia? - Bo oni je we mnie wzbudzają. Jestem ich ofiarą. Wylewają na mnie swoje kontenery.
Po pewnej chwili Pani psycholog dodała.
-"Ma Pani bardzo toksyczną relację z siostrą. Chciała, żeby Pani była jej na własność. Nie akceptowała i nie szanowała Pani decyzji z góry twierdząc, że są złe. Nie pozwalała Pani być sobą. Wyśmiewała się z Pani. Zazdrościła Pani.
Kolejna sprawa. Czy nadal chce Pani ratować brata? czy to ma sens? On powinien być już odpowiedzialny za siebie. Jeśli Panią poprosi o pomoc i Pani będzie sie z tym dobrze czuła, nie będzie to kolidowała z Pani uczuciami i komfortem, to niech Pani pomaga. A jeśli coś będzie niedobre i będzie Pani robiła wbrew sobie, bo robię to ze względu na to, że to mój brat. To proszę nie robić tego. Słuchać siebie. To też tyczy się innych członków rodziny jak i znajomych.
Ja nie lubię swojej rodziny. Oni mnie denerwują, dołują, dobijają. Nie chcę ich znać. Wstydzę się ich.
- "skoro uważa Pani, że chce ograniczyć z nimi kontakt, to niech Pani tak robi, jak czuje. Po skończonej terapii, będzie Pani wtedy mogła RACJONALNIE stwierdzić, czy chce Pani z nimi utrzymywać kontakt czy nie i na jakich zasadach.
Czas nam się kończy. Widzimy się za tydzień.
Podsumowała i czas się dla nas skończył.
Do zobaczenia w czwartek.
Wizyta odbyła się o godzinie ósmej. Myślałam, że nie wstanę, bo jednak do rannych ptaszków nie należę.
Zapytała mnie, czy po ostaniej wizycie mam jakieś przemyślenia.
Stwierdziłam, że chyba o czymś myślałam.
Np.
- nie matkować!
- nie oceniać!
- nie doradzać!
To oczywiście dotyczy mojej rodziny, którą mamy się zająć.
Na niej się skupiamy. Ale i nie tylko. Znajomi też. Te wszystkie hasła z "nie" są celowe, bo siostra, brat i rodzice wciągają mnie w swoje problemy, a ja denerwuję się i strasznie to przeżywam. Ja się o nich troszczę jak matka i czuję się bezsilna jak nie potrafię im doradzić i zrobić za nich wszystkiego.
Matka Polka. Wszystkie dzieci moje są.
- "Proszę Pani, to właśnie o to chodzi, żeby Panią od nich odciąć. Oni są dorośli, Pani też. Nie może Pani ponosić za nich odpowiedzialności. Pani jest dorosła i musi sama o siebie zadbać. Nie może żyć Pani ich życiem.
Też mi się tak wydawało. Dlaczego mimo to czuję wyrzuty sumienia? - Bo oni je we mnie wzbudzają. Jestem ich ofiarą. Wylewają na mnie swoje kontenery.
Po pewnej chwili Pani psycholog dodała.
-"Ma Pani bardzo toksyczną relację z siostrą. Chciała, żeby Pani była jej na własność. Nie akceptowała i nie szanowała Pani decyzji z góry twierdząc, że są złe. Nie pozwalała Pani być sobą. Wyśmiewała się z Pani. Zazdrościła Pani.
Kolejna sprawa. Czy nadal chce Pani ratować brata? czy to ma sens? On powinien być już odpowiedzialny za siebie. Jeśli Panią poprosi o pomoc i Pani będzie sie z tym dobrze czuła, nie będzie to kolidowała z Pani uczuciami i komfortem, to niech Pani pomaga. A jeśli coś będzie niedobre i będzie Pani robiła wbrew sobie, bo robię to ze względu na to, że to mój brat. To proszę nie robić tego. Słuchać siebie. To też tyczy się innych członków rodziny jak i znajomych.
Ja nie lubię swojej rodziny. Oni mnie denerwują, dołują, dobijają. Nie chcę ich znać. Wstydzę się ich.
- "skoro uważa Pani, że chce ograniczyć z nimi kontakt, to niech Pani tak robi, jak czuje. Po skończonej terapii, będzie Pani wtedy mogła RACJONALNIE stwierdzić, czy chce Pani z nimi utrzymywać kontakt czy nie i na jakich zasadach.
Czas nam się kończy. Widzimy się za tydzień.
Podsumowała i czas się dla nas skończył.
Do zobaczenia w czwartek.
Wariatkowo emocjonalne.
Pierwsze spotkanie.
Przedstawiła się, powiedziała czym się zajmuje. Później była kolej na mnie.
- "Niech mi Pani coś opowie o sobie"- zapytała.
Hmm. Powiedziałam, że bardzo nie lubię opowiadać o sobie, bo to takie "dziwne pytanie?". Co tu mówić w sumie. Opowiadałam o tym, jak zaczęłam się rozwijać, jakiego mam cudownego narzeczonego i jak dobrze się razem ze sobą czujemy. Że w pracy dobrze, choć wcześniej się nie czułam w niej dobrze. Dopiero po roku się odnalazłam i rzeczywiście dogadujemy się. Z szefową. Z innymi też, choć nikt nikogo nie osacza, nie dopytuje. Mamy swoje przestrzenie, które nam odpowiadają.
- "Skoro tak dobrze Pani opowiedziała o sobie, o pracy, Ukochanym, to teraz może coś o Pani rodzinie?"- dodała.
RODZINA.
Na sam wydźwięk tego słowa aż mnie ścisnęło gardło. Zaczęłam mówić i nagle dopadł mnie ścisk gardła, uderzenie gorąca i płacz. Gorzki płacz. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Po chwili zaczęłam jej opowiadać. Po kolei. Mojej kolei.
Mama, ojciec, siostra, brat.
Nagle odezwała się i wtrąciła.
-"słyszę i widzę po Pani, że temat rodziny bardzo na Panią wpłynął. Wcześniej jak Pani mówiła o pracy, życiu osobistym tryskała Pani energia, a tutaj...Mocno Pani to przeżywa. Po chwili. Mamy do przerobienia temat rodziny.
Rodzina. Z czym mi się kojarzy? - raczej z niczym przyjemnym. Synchroniczny stres, lęk, złość, agresja, niepokój. Chłód, zimno. Uciekanie do sąsiadów. Brak snu. Brak jedzenia. Stare ubrania. Poczucie winy, kula u nogi. Żałuję, że się urodziłam.
Sporo mamy do przepracowania. W sumie każdego członka Pani rodziny, bo z każdym łączą Panią silne emocje. Obarczyli Panią strasznym ciężarem. Jeszcze ojciec pijący, a Pani współuzależniona.
Mama to też będzie oddzielny wątek i na dłuższą rozmowę.
Ukochana rodzino! - tak to ironia. Nie wiem jakie będą nasze losy, ale koniec może być dla nas różny.
Pozdrawiam Was serdecznie,
Wasza Osin.
Przedstawiła się, powiedziała czym się zajmuje. Później była kolej na mnie.
- "Niech mi Pani coś opowie o sobie"- zapytała.
Hmm. Powiedziałam, że bardzo nie lubię opowiadać o sobie, bo to takie "dziwne pytanie?". Co tu mówić w sumie. Opowiadałam o tym, jak zaczęłam się rozwijać, jakiego mam cudownego narzeczonego i jak dobrze się razem ze sobą czujemy. Że w pracy dobrze, choć wcześniej się nie czułam w niej dobrze. Dopiero po roku się odnalazłam i rzeczywiście dogadujemy się. Z szefową. Z innymi też, choć nikt nikogo nie osacza, nie dopytuje. Mamy swoje przestrzenie, które nam odpowiadają.
- "Skoro tak dobrze Pani opowiedziała o sobie, o pracy, Ukochanym, to teraz może coś o Pani rodzinie?"- dodała.
RODZINA.
Na sam wydźwięk tego słowa aż mnie ścisnęło gardło. Zaczęłam mówić i nagle dopadł mnie ścisk gardła, uderzenie gorąca i płacz. Gorzki płacz. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Po chwili zaczęłam jej opowiadać. Po kolei. Mojej kolei.
Mama, ojciec, siostra, brat.
Nagle odezwała się i wtrąciła.
-"słyszę i widzę po Pani, że temat rodziny bardzo na Panią wpłynął. Wcześniej jak Pani mówiła o pracy, życiu osobistym tryskała Pani energia, a tutaj...Mocno Pani to przeżywa. Po chwili. Mamy do przerobienia temat rodziny.
Rodzina. Z czym mi się kojarzy? - raczej z niczym przyjemnym. Synchroniczny stres, lęk, złość, agresja, niepokój. Chłód, zimno. Uciekanie do sąsiadów. Brak snu. Brak jedzenia. Stare ubrania. Poczucie winy, kula u nogi. Żałuję, że się urodziłam.
Sporo mamy do przepracowania. W sumie każdego członka Pani rodziny, bo z każdym łączą Panią silne emocje. Obarczyli Panią strasznym ciężarem. Jeszcze ojciec pijący, a Pani współuzależniona.
Mama to też będzie oddzielny wątek i na dłuższą rozmowę.
Ukochana rodzino! - tak to ironia. Nie wiem jakie będą nasze losy, ale koniec może być dla nas różny.
Pozdrawiam Was serdecznie,
Wasza Osin.
piątek, 23 września 2016
#Czarny protest
Chciałam się odnieść do tego, co ostatnio dzieje się w Polsce i jak Rząd próbuje decydować za nas, za kobiety. Dotyka mnie to nie dlatego, że jestem kobietą, ale mam w tym swój osobisty udział.
Nie tylko Rząd, wie co dla kobiet jest najlepsze, ale jak zauważyłam w internecie (pełno różnych komentarzy pod manifestacją) również kobiety, mężczyźni, Kościół, lekarze - przeważnie ginekolodzy.
Już jako mała dziewczynka, widziałam jak traktowane są w mojej rodzinie kobiety. Dziadek konserwatywne poglądy, jego synowie, czyli bracia mojej mamy, jak i mój ojciec.
Nie podobało mi się to. czułam w tym niesprawiedliwość choć nie wiedziałam, co to jest.
Nie lubiłam i złościłam się, jak dziadek traktuje babcie, jak mój ojciec mamę i jak mój wujek ciocię. Kobieta była bez swojego zdania, miała określone zasady.
Babcia cały czas gotowała, sprzątała i zajmowała się gospodarstwem.
Dziadek pił robił awantury, trzymał pieniądze i zawsze to co on robił i jakie podejmował decyzje były najlepsze. Nie daj boże, jak się ktoś sprzeciwił.
Pewnego dnia, babcia zachorowała. Była otyła, miała cukrzycę. Później jeden wylew, drugi i trzeci.
Na dziadka spadły wszystkie obowiązki. Był wściekły. Mając już zaledwie 70 lat musiał nauczyć się gotować, sprzątać, prać i uprawiać ogródki.
Babcia siedziała przy stole i tłumaczyła krok po kroku jak ma coś zrobić.
Nauczył się. Ale w chwili gdy już nie wytrzymywał chodził pić i zostawiał babcie. Wracając pijany w sztos i wyklinał ją za wszystko co się stało.
Jaki on biedny i nieszczęśliwy. Jak to on się męczy z nią i z tymi wszystkimi zajęciami.
Babcia płakała. Czuła się winna.
Odwiedzali ją dzieci, pomagali. Ale i tak była skazana na dziadka, który był jej prawnym opiekunem. Ciężko było coś zmienić. Dziadkowi przedwojenni ze swoimi uprzedzeniami, konserwatywnymi poglądami. Nowoczesność raczej była nierozumiana.
Trwało to kilka lat. Babcia umarła.
Dziadek przewartościował życie mając 80 lat. Był tolerancyjny, gotował, robić to co zazwyczaj wg niektórych powinna robić kobieta. Babcia go przed śmiercią wiele nauczyła. Szkoda, że nie chciał wcześniej, może i babcię nie spotkałaby ta choroba tak wcześnie, gdyby obowiązki były rozłożone na dwie osoby a nie na jedną.
Dziadek dożył 95 lat. Umarł w tym roku. Na zapalenie płuc. Był zaniedbany i odwodniony. Poza tym, gorzej się już leczy w tym wieku zapalenie płuc. Żył 15 lat od śmierci babci.
Moja dom, moja mama. Sześć lat temu, na raka trzonu macicy zachorowała moja mama. To był bardzo ciężki okres dla nas. Mama wyszła z tego. Miała operację, wycieli jej wszystko. Miała tylko sprawdzać co jakiś czas czy nic się tam nie dzieje. I przestać palić papierosy, bo to był główny czynnik.
Niestety nie udało się. Nie rzuciła, paliła. Ciężko był jej przegadać. Cały czas jej o tym mówiłam, ale nie upilnujesz dorosłej kobiety. Ma już ona swój rozum.
Powtarzałam jej, że mocno ją kocham, niech pamięta, że ma bardzo młode dzieci. One chcą, żeby zdążyła poznać wnuki i być z nimi.
Ojciec się zmienił. Na chwilę, na kilak miesięcy.
Ale jak zobaczył, że mama już wróciła do kondycji, zaczął pić, robić jej awantury i wszystko wróciło do normy.
Ona dostała rentę, wiec to ona utrzymywała rodzinę. Siebie i jego. On do pracy to był ostatni.
Z nerwów paliła, to była jej jedyna ucieczka. Tak teraz sobie zdałam z tego sprawę. Nie chcę jej usprawiedliwiać, ale już za dużo przeszła, żeby ją osądzać.
Rok temu miała udar mózgu.
Sparaliżowana cała. Wróciła do chodzenia, ale ręką nadal jest niewładna.
Po roku stan się pogorszył. Za dużo leży, mało chodzi i ma problem z chodzeniem.
Jest pogrożona w depresji.
Skazana jak to mówi na ojca, który ją gnębi, raz jest dobrze, raz zachowuje się jak dziadek. Zostawia ją i idzie się napić, bo jak sam powtarza, ma już tego dość i strasznie się męczy z tym ciężarem.
Mama płacze. My pomagamy, jak tylko możemy, ale prawnym opiekunem jest ojciec i to on opiekuje się mamą.
Mama ma go dość. Nie raz mi mówiła, że ledwo z nim wyrabia. Wcześniej mogła odejść i mieć go w nosie, a teraz jest przywiązana do łóżka.
Dużo z nią rozmawiałam. Powiedziała mi pewną historię.
Miałam siostrę, która zamarła przy porodzie.
To były lata 80, gdzie usg nie było, więc nie wiedzieli jak to tam wszystko wyglada.
Mama opowiadała mi historię ze szpitala na porodówce.
Krzyczała i wołała lekarzy, że czuję, że już rodzi, na co oni, żeby się tak nie darła, że jest jeszcze czas i oni wiedzą kiedy.
Okazało się, że dziecko zakręciło się w pępowinę i udusiło.
Bardzo szlochała jak mi to mówiła.
Płakałam z nią.
Nie zdając sobie sprawy, co ona czuje i jak ją to boli mimo, że minęło 20 lat.
Mówiła, że najgorsze to urodzić martwe dziecko naturalnie.
Że była piękna. Że serce się pękło jak ją zobaczyła. Nie mogła się pozbierać.
Płaczę w tym momencie, jak to piszę.
Mówiła, że miała straszną traumę i bała się mieć dzieci, bo cały czas myślała, że to się powtórzy.
Moja siostra zm. i ur. się 6.10.
Mój ojciec jakoś nie za bardzo liczył się z uczuciami mamy ani nikt z rodziny z tego co mówiła.
Ojciec tłumaczył jej, że trzeba zrobić kolejne to zapomni o tamtym.
5.10 rok poźniej urodziłam się ja. Niestety nie byłam chłopcem, a ojciec chciał bardzo syna. Więc męczył matkę o kolejne dziecko. Po dwóch latach urodził się mój brat.
Jak to podsumowała mama, całe szczęście, bo zapładniałby mnie do upadłego.
Jest nas troje. Moja starsza siostra, ja i brat.
Tak nas bardzo chciał, a naprawdę ojciec mieszkał z nami, a nie interesował się nami.
Zrobił nas jak koty.
To mama zajmował się i utrzymywała rodzinę.
Ojciec na nas nie łożył i nie interesowało go, czy mamy co jeść, czy mamy książki, zeszyty i dresy do szkoły.
On już swoje zrobił.
Zapłodnił, a o resztę martwcie się sami.
Pewnego dnia, zostawił nas i odszedł do jakieś młodej dziewczyny.
Po roku wrócił, bo nic ciekawego nie miała mu do zaproponowania.
Matka go przyjęła myśląc jak po latach powiedziała, że to dla dobra dzieci.
Co nie do końca było dla nas dobre.
Zaczęło się piekło.
W wieku szesnastu lat moja siostra zaszła w ciążę.
Cała rodzina się na nas obraziła, jaki to wstyd i hańba.
Jak to moi rodzice są nieodpowiedzialni i nie dopilnowali nastolatki.
Nagle zaczęli się mnie czepiać. Miałam wtedy 13 lat. Żebym tylko ja nie przyniosła dziecka, bo wtedy mnie wygonią z domu i zrzekną się mnie. Że to były wstyd.
Raz można się pomylić, ale już drugi nie. Wisiało to nade mną długo.
Ojciec zabronił mi się spotykać z chłopakami.
Zakaz kogokolwiek przyprowadzania do domu.
Przy każdych spotkaniach rodzinnych były awantury, wyzywanie nas, moich rodziców, tego malutkiego chłopca od najgorszych.
Wtedy pomyślałam, dlaczego ona nie usunęła. Niech to piekło się skończy.
Obiecywałam sobie, że jak tylko będę pełnoletnia to ucieknę i będę żyła tak jak ja chcę.
Moi bracia cioteczni wiele lat ode mnie starsi przyjeżdżali do mnie i ciągle mnie umoralniali.
Babcia ze strony ojca. Jego przyrodnie siostry, nakazywały, żebym tylko ja się z kimś nie puściła i nie przyniosła dziecka.
Przestałam tam jeździć.
Myśl o tym, że już niedługo się wyprowadzę dawała mi jakiś sens.
Tak też zrobiłam.
Pomagałam siostrze wychowywać dziecko.
Odcięłam się całkowicie od rodziny.
Zaczęłam się stawiać i mówić co myślę.
Wyklinali mnie i wyganiali z domu.
Przestałam spędzać z nimi święta.
Mama płakała, ale wyjaśniłam, dlaczego to robię. To było dla mojego dobra psychicznego.
Miałam święty spokój.
Robiłam to co chciałam.
Do męża i dzieci nie było mi śpieszno. Miałam złe doświadczenia z tym. Pomyślałam, jak to ma tak wyglądać, to ja nie chcę. Wolę sama za siebie decydować.
Pamiętam jak ciocia, żona wujka od strony mamy często płakała i mówiła, że wujek wyzywa ją od dziwek, bo założyła spódnicę przed kolano po 40stce. Byli długo w seperacji. Mieszkali razem, ale spali w oddzielnych pokojach. Nie było kasy, wujek był na rencie, dużo pił i palił w końcu zachorował i siedział w domu. Ciotka zaczęła wyjeżdżać do Włoszech za chlebem. Jak tylko wracała, wyklinał, że na pewno się tam puszcza i ma kochanków. Bił ją. Dzieci były już dorosłe, ale ona i tak pracował, bo dawała im pieniądze i wspierała w ich decyzjach. Ona nie lubiła gotować, czasem, ale wolała spędzać inaczej czas. Kulturalnie. Wujkowi się to nie spodobało. Za to on lubił gotować, ale miał z tym jakiś problem i ubliżał cioci, że ona nie nadaje się do niczego, bo to on sprząta i gotuje. Ona zarabiała kasę we Włoszech. Nie doceniał tego.
Kolejny wujek robił to samo ze swoją żoną.
Mama pewnego razu, jak zaczynałam studia, bardzo mi kibicowała i powtarzała:"dziecko, korzystaj, ucz się. Ja chciałam się uczyć, dziadek powiedział, że ja nie muszę chodzić do szkoły, bo i tak będę w domu z dziećmi siedzieć i gotować".
Posmutniałam i zrobiło mi się żal mamy. Ona nie mogła decydować. Dziadek jej nie pozwolił, a że on trzymał kasę, to jej po prostu jej nie dał. Powiedział, że tylko mężczyźni muszą być wykształceni.
Wyjechała do Czechosłowacji na dziesięć lat. Tam jak mówiła mogła się spełniać, pomimo, że i tam za kolorowo nie było. Ale już na pewno mogła decydować o sobie i zarabiać na siebie pieniądze, żeby nikt jej nie wydzielał.
A teraz niech mi ktoś napisze, czy nas kobiety można traktować z szacunkiem? CZy jego definicja jeszcze istnieje?
Czy ja mogłabym decydować sama za siebie, za swoje sumienie?
Tu nie chodzi o nasze kaprysy. Chodzi o możliwości. O wybór.
Ja też chcę mieć taki wybór. A to jaką decyzję podejmę już niech ona będzie rozliczeniem tylko i wyłącznie moim.
Pozdrawiam,
Luna O
Nie tylko Rząd, wie co dla kobiet jest najlepsze, ale jak zauważyłam w internecie (pełno różnych komentarzy pod manifestacją) również kobiety, mężczyźni, Kościół, lekarze - przeważnie ginekolodzy.
Już jako mała dziewczynka, widziałam jak traktowane są w mojej rodzinie kobiety. Dziadek konserwatywne poglądy, jego synowie, czyli bracia mojej mamy, jak i mój ojciec.
Nie podobało mi się to. czułam w tym niesprawiedliwość choć nie wiedziałam, co to jest.
Nie lubiłam i złościłam się, jak dziadek traktuje babcie, jak mój ojciec mamę i jak mój wujek ciocię. Kobieta była bez swojego zdania, miała określone zasady.
Babcia cały czas gotowała, sprzątała i zajmowała się gospodarstwem.
Dziadek pił robił awantury, trzymał pieniądze i zawsze to co on robił i jakie podejmował decyzje były najlepsze. Nie daj boże, jak się ktoś sprzeciwił.
Pewnego dnia, babcia zachorowała. Była otyła, miała cukrzycę. Później jeden wylew, drugi i trzeci.
Na dziadka spadły wszystkie obowiązki. Był wściekły. Mając już zaledwie 70 lat musiał nauczyć się gotować, sprzątać, prać i uprawiać ogródki.
Babcia siedziała przy stole i tłumaczyła krok po kroku jak ma coś zrobić.
Nauczył się. Ale w chwili gdy już nie wytrzymywał chodził pić i zostawiał babcie. Wracając pijany w sztos i wyklinał ją za wszystko co się stało.
Jaki on biedny i nieszczęśliwy. Jak to on się męczy z nią i z tymi wszystkimi zajęciami.
Babcia płakała. Czuła się winna.
Odwiedzali ją dzieci, pomagali. Ale i tak była skazana na dziadka, który był jej prawnym opiekunem. Ciężko było coś zmienić. Dziadkowi przedwojenni ze swoimi uprzedzeniami, konserwatywnymi poglądami. Nowoczesność raczej była nierozumiana.
Trwało to kilka lat. Babcia umarła.
Dziadek przewartościował życie mając 80 lat. Był tolerancyjny, gotował, robić to co zazwyczaj wg niektórych powinna robić kobieta. Babcia go przed śmiercią wiele nauczyła. Szkoda, że nie chciał wcześniej, może i babcię nie spotkałaby ta choroba tak wcześnie, gdyby obowiązki były rozłożone na dwie osoby a nie na jedną.
Dziadek dożył 95 lat. Umarł w tym roku. Na zapalenie płuc. Był zaniedbany i odwodniony. Poza tym, gorzej się już leczy w tym wieku zapalenie płuc. Żył 15 lat od śmierci babci.
Moja dom, moja mama. Sześć lat temu, na raka trzonu macicy zachorowała moja mama. To był bardzo ciężki okres dla nas. Mama wyszła z tego. Miała operację, wycieli jej wszystko. Miała tylko sprawdzać co jakiś czas czy nic się tam nie dzieje. I przestać palić papierosy, bo to był główny czynnik.
Niestety nie udało się. Nie rzuciła, paliła. Ciężko był jej przegadać. Cały czas jej o tym mówiłam, ale nie upilnujesz dorosłej kobiety. Ma już ona swój rozum.
Powtarzałam jej, że mocno ją kocham, niech pamięta, że ma bardzo młode dzieci. One chcą, żeby zdążyła poznać wnuki i być z nimi.
Ojciec się zmienił. Na chwilę, na kilak miesięcy.
Ale jak zobaczył, że mama już wróciła do kondycji, zaczął pić, robić jej awantury i wszystko wróciło do normy.
Ona dostała rentę, wiec to ona utrzymywała rodzinę. Siebie i jego. On do pracy to był ostatni.
Z nerwów paliła, to była jej jedyna ucieczka. Tak teraz sobie zdałam z tego sprawę. Nie chcę jej usprawiedliwiać, ale już za dużo przeszła, żeby ją osądzać.
Rok temu miała udar mózgu.
Sparaliżowana cała. Wróciła do chodzenia, ale ręką nadal jest niewładna.
Po roku stan się pogorszył. Za dużo leży, mało chodzi i ma problem z chodzeniem.
Jest pogrożona w depresji.
Skazana jak to mówi na ojca, który ją gnębi, raz jest dobrze, raz zachowuje się jak dziadek. Zostawia ją i idzie się napić, bo jak sam powtarza, ma już tego dość i strasznie się męczy z tym ciężarem.
Mama płacze. My pomagamy, jak tylko możemy, ale prawnym opiekunem jest ojciec i to on opiekuje się mamą.
Mama ma go dość. Nie raz mi mówiła, że ledwo z nim wyrabia. Wcześniej mogła odejść i mieć go w nosie, a teraz jest przywiązana do łóżka.
Dużo z nią rozmawiałam. Powiedziała mi pewną historię.
Miałam siostrę, która zamarła przy porodzie.
To były lata 80, gdzie usg nie było, więc nie wiedzieli jak to tam wszystko wyglada.
Mama opowiadała mi historię ze szpitala na porodówce.
Krzyczała i wołała lekarzy, że czuję, że już rodzi, na co oni, żeby się tak nie darła, że jest jeszcze czas i oni wiedzą kiedy.
Okazało się, że dziecko zakręciło się w pępowinę i udusiło.
Bardzo szlochała jak mi to mówiła.
Płakałam z nią.
Nie zdając sobie sprawy, co ona czuje i jak ją to boli mimo, że minęło 20 lat.
Mówiła, że najgorsze to urodzić martwe dziecko naturalnie.
Że była piękna. Że serce się pękło jak ją zobaczyła. Nie mogła się pozbierać.
Płaczę w tym momencie, jak to piszę.
Mówiła, że miała straszną traumę i bała się mieć dzieci, bo cały czas myślała, że to się powtórzy.
Moja siostra zm. i ur. się 6.10.
Mój ojciec jakoś nie za bardzo liczył się z uczuciami mamy ani nikt z rodziny z tego co mówiła.
Ojciec tłumaczył jej, że trzeba zrobić kolejne to zapomni o tamtym.
5.10 rok poźniej urodziłam się ja. Niestety nie byłam chłopcem, a ojciec chciał bardzo syna. Więc męczył matkę o kolejne dziecko. Po dwóch latach urodził się mój brat.
Jak to podsumowała mama, całe szczęście, bo zapładniałby mnie do upadłego.
Jest nas troje. Moja starsza siostra, ja i brat.
Tak nas bardzo chciał, a naprawdę ojciec mieszkał z nami, a nie interesował się nami.
Zrobił nas jak koty.
To mama zajmował się i utrzymywała rodzinę.
Ojciec na nas nie łożył i nie interesowało go, czy mamy co jeść, czy mamy książki, zeszyty i dresy do szkoły.
On już swoje zrobił.
Zapłodnił, a o resztę martwcie się sami.
Pewnego dnia, zostawił nas i odszedł do jakieś młodej dziewczyny.
Po roku wrócił, bo nic ciekawego nie miała mu do zaproponowania.
Matka go przyjęła myśląc jak po latach powiedziała, że to dla dobra dzieci.
Co nie do końca było dla nas dobre.
Zaczęło się piekło.
W wieku szesnastu lat moja siostra zaszła w ciążę.
Cała rodzina się na nas obraziła, jaki to wstyd i hańba.
Jak to moi rodzice są nieodpowiedzialni i nie dopilnowali nastolatki.
Nagle zaczęli się mnie czepiać. Miałam wtedy 13 lat. Żebym tylko ja nie przyniosła dziecka, bo wtedy mnie wygonią z domu i zrzekną się mnie. Że to były wstyd.
Raz można się pomylić, ale już drugi nie. Wisiało to nade mną długo.
Ojciec zabronił mi się spotykać z chłopakami.
Zakaz kogokolwiek przyprowadzania do domu.
Przy każdych spotkaniach rodzinnych były awantury, wyzywanie nas, moich rodziców, tego malutkiego chłopca od najgorszych.
Wtedy pomyślałam, dlaczego ona nie usunęła. Niech to piekło się skończy.
Obiecywałam sobie, że jak tylko będę pełnoletnia to ucieknę i będę żyła tak jak ja chcę.
Moi bracia cioteczni wiele lat ode mnie starsi przyjeżdżali do mnie i ciągle mnie umoralniali.
Babcia ze strony ojca. Jego przyrodnie siostry, nakazywały, żebym tylko ja się z kimś nie puściła i nie przyniosła dziecka.
Przestałam tam jeździć.
Myśl o tym, że już niedługo się wyprowadzę dawała mi jakiś sens.
Tak też zrobiłam.
Pomagałam siostrze wychowywać dziecko.
Odcięłam się całkowicie od rodziny.
Zaczęłam się stawiać i mówić co myślę.
Wyklinali mnie i wyganiali z domu.
Przestałam spędzać z nimi święta.
Mama płakała, ale wyjaśniłam, dlaczego to robię. To było dla mojego dobra psychicznego.
Miałam święty spokój.
Robiłam to co chciałam.
Do męża i dzieci nie było mi śpieszno. Miałam złe doświadczenia z tym. Pomyślałam, jak to ma tak wyglądać, to ja nie chcę. Wolę sama za siebie decydować.
Pamiętam jak ciocia, żona wujka od strony mamy często płakała i mówiła, że wujek wyzywa ją od dziwek, bo założyła spódnicę przed kolano po 40stce. Byli długo w seperacji. Mieszkali razem, ale spali w oddzielnych pokojach. Nie było kasy, wujek był na rencie, dużo pił i palił w końcu zachorował i siedział w domu. Ciotka zaczęła wyjeżdżać do Włoszech za chlebem. Jak tylko wracała, wyklinał, że na pewno się tam puszcza i ma kochanków. Bił ją. Dzieci były już dorosłe, ale ona i tak pracował, bo dawała im pieniądze i wspierała w ich decyzjach. Ona nie lubiła gotować, czasem, ale wolała spędzać inaczej czas. Kulturalnie. Wujkowi się to nie spodobało. Za to on lubił gotować, ale miał z tym jakiś problem i ubliżał cioci, że ona nie nadaje się do niczego, bo to on sprząta i gotuje. Ona zarabiała kasę we Włoszech. Nie doceniał tego.
Kolejny wujek robił to samo ze swoją żoną.
Mama pewnego razu, jak zaczynałam studia, bardzo mi kibicowała i powtarzała:"dziecko, korzystaj, ucz się. Ja chciałam się uczyć, dziadek powiedział, że ja nie muszę chodzić do szkoły, bo i tak będę w domu z dziećmi siedzieć i gotować".
Posmutniałam i zrobiło mi się żal mamy. Ona nie mogła decydować. Dziadek jej nie pozwolił, a że on trzymał kasę, to jej po prostu jej nie dał. Powiedział, że tylko mężczyźni muszą być wykształceni.
Wyjechała do Czechosłowacji na dziesięć lat. Tam jak mówiła mogła się spełniać, pomimo, że i tam za kolorowo nie było. Ale już na pewno mogła decydować o sobie i zarabiać na siebie pieniądze, żeby nikt jej nie wydzielał.
A teraz niech mi ktoś napisze, czy nas kobiety można traktować z szacunkiem? CZy jego definicja jeszcze istnieje?
Czy ja mogłabym decydować sama za siebie, za swoje sumienie?
Tu nie chodzi o nasze kaprysy. Chodzi o możliwości. O wybór.
Ja też chcę mieć taki wybór. A to jaką decyzję podejmę już niech ona będzie rozliczeniem tylko i wyłącznie moim.
Pozdrawiam,
Luna O
piątek, 29 lipca 2016
Nie-idealna.
Technologie idą do przodu, to czemu miały by nie iść inne sprawy. To byłoby |nienaturalne|. Internet króluje, selfie, poziom życia zmienia się na sztuczny. Każdy ma już snapchata i opowiada swoją historię. Nagrywamy siebie nawet jak wstajemy z łóżka, czy robimy sobie herbatę. Już nie jest to intymna i osobista sprawa. Wszystkim się afiszujemy. Jak malujemy mieszkanie ze swoim chłopakiem i jak świetnie się przy tym bawimy, brudzimy. A na dodatek jesteśmy zakochani.
Za około 20 lat będzie sztuczna inteligencja. To nie żart- to fakt. Wydaje się, że 20 lat to wcale nie tak dużo.
Mało osób czyta, interesuje się literaturą, sztuką. Wszystko jest na łatwiznę. Najwięcej jest tego, co jest modne, a teraz jest moda na bycie idealnym. Na kicz i tandetę.
Rozmowy o kosmetykach, nowych modnych zabiegach, wakacje na wypasie. Operacje już na wszystko. Nowe piersi, nowa buzia, sztuczne duże zęby. W pewnym miejscu w Warszawie (są takie kluby) kobiety wszystkie wyglądają jak z jednej taśmy. Brwi zrobione, rzęsy, usta, policzki, zęby i podobnie ubrane. Jakby były jedną wielką rodziną.
Reklamy informują nas: "Bądź lepszą wersją siebie!". A tam jest taka mała informacja pod * popraw się? zrób operację? czy raczej bądź dobrym człowiekiem, akceptuj siebie, kochaj siebie i żyj w zgodzie ze sobą i z innymi. Obejrzyj się za siebie i przypomnij sobie w jakim miejscu byłeś, a w jakim jesteś teraz. Ale nie dlatego, że miałaś małe cycki, a teraz masz duże, tylko czy po drodze nie krzywdzisz siebie i innych.
Czy to jest ta dobra zmiana?
Za około 20 lat będzie sztuczna inteligencja. To nie żart- to fakt. Wydaje się, że 20 lat to wcale nie tak dużo.
Mało osób czyta, interesuje się literaturą, sztuką. Wszystko jest na łatwiznę. Najwięcej jest tego, co jest modne, a teraz jest moda na bycie idealnym. Na kicz i tandetę.
Rozmowy o kosmetykach, nowych modnych zabiegach, wakacje na wypasie. Operacje już na wszystko. Nowe piersi, nowa buzia, sztuczne duże zęby. W pewnym miejscu w Warszawie (są takie kluby) kobiety wszystkie wyglądają jak z jednej taśmy. Brwi zrobione, rzęsy, usta, policzki, zęby i podobnie ubrane. Jakby były jedną wielką rodziną.
Reklamy informują nas: "Bądź lepszą wersją siebie!". A tam jest taka mała informacja pod * popraw się? zrób operację? czy raczej bądź dobrym człowiekiem, akceptuj siebie, kochaj siebie i żyj w zgodzie ze sobą i z innymi. Obejrzyj się za siebie i przypomnij sobie w jakim miejscu byłeś, a w jakim jesteś teraz. Ale nie dlatego, że miałaś małe cycki, a teraz masz duże, tylko czy po drodze nie krzywdzisz siebie i innych.
Czy to jest ta dobra zmiana?
czwartek, 2 czerwca 2016
Na wspak- czyli jak zrozumieć mężczyzn.
Jeśli ktoś mi wmówi, że to kobiety są skomplikowane, to zrezygnuję z bycia nią.
Ostatnio miałam spięcie z moim ukochanym.
Poniedziałek jak poniedziałek.
Wracam jak zawsze ok.18 do mieszkania. On zresztą też. Tym razem ja byłam pierwsza, a w mieszkaniu zastałam mojego psa i Panią Anię, która pomaga nam w utrzymaniu czystości w naszych komnatach.
Wyszłam z psem. Pogadałam jeszcze chwilę z Panią Ania po czym sprawdziłam swój telefon. Mam wiadomość od niego, że będzie później, bo odwiedza swojego syna. Myślę sobie, OK. Też wychodzę. Więc napisałam mu, że dla mnie spoko, ja też wychodzę i będę później.
Kropka.
Nie napisałam z kim i gdzie. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że coś nie tak zrobiłam.
Nie dopytał, więc pochłonęła mnie rozmowa i zapomniałam o tym.
Stwierdził, jak mi później powiedział, że nie chciał mnie kontrolować.
Bardzo tego nie lubię. On zresztą też.
W większości jak nie wychodzimy razem, to informujemy siebie, gdzie będziemy etc etc.
A jak nie zdążymy, to piszemy sms, czy jakąś wiadomość na FB.
Nie wydzwaniamy, nie piszemy non stop, szanujemy czas, gdzieś tam na mieście.
Wyszłam o 19, wróciłam o 23.
Spotkałam się z kolegą z teatru, bo razem będziemy w etiudzie. A poza tym dawno się wdzieliśmy, bo był chory, więc chciał mi opowiedzieć, jak było na długim weekendzie z jego nową dziewczyną bla bla bla.
Tak się rozgadaliśmy, że dobijała 23.
Nie sprawdzałam telefonu. Była gdzieś tam zakopany w worku.
Po czym sprawdziłam, a tam wiadomość od mojego chłopaka:"czy wszystko gut?", odpisałam, że tak i właśnie się już zbieram i zaraz będę się tulić z nim.
Wróciłam, on już spał. Wykąpałam się i szybko wskoczyłam do naszego cieplutkiego łóżeczka.
Przytuliam się. Obudził się. Zapytał, czy byłam nad Wisłą. Ja, że nie - w knajpce, na lemoniadzie, z kolegą z teatru.
No i się zaczęło.
Czy zrobiłam to specjalnie, żeby był zazdrosny. Dlaczego tym razem nic mu nie napisałam, gdzie i z kim jestem.
Czy chciałam coś ukryć. Czy ma powody do zazdrości?
No i awantura.
Ciężko było mi się wytłumaczyć, bo nic złego nie zrobiłam. Jestem w nim zakochana po uszy już prawie dwa lata i nadal się nim chwalę i opowiadam każdemu. Mieszkamy razem prawie rok. Jest nam razem cudownie. Ale zazdrość przyszła sama. To chyba znak, że mu na mnie zależy, że kocha.
Ja też jestem zazdrosna troszeczkę. Gorzej byłoby gdybym nie była.
Sprawa została wyjaśniona. Mimo to coś nadal wisi.
Nie chcę, żeby kiedykolwiek myślał, że chcę go sprowokować do zazdrości. To nie świadczyłoby nic dobrego o mnie. Nie dawać mu podstaw do podejrzeń. Chce żeby mi ufał i vice versa. Nie chcę nakręcać spirali nienawiści, bo nic dobrego z tego nie wyjdzie.
Czasami chodzi o to, żeby nie dyskutować. Przyznać się do błędu, przeprosić i na następny raz uważać.
Zazdrość to nic złego, ale nie warto jej nakręcać.
Czasem trzeba bardziej dowartościować drugą połówkę, jak ma gorszy czas. Raz na jakiś czas z czegoś zrezygnować, żeby poczuł się wyjątkowo.
Kompromis, który w związku wcale nie jest taki łatwy.
Uczę się go.
Ostatnio miałam spięcie z moim ukochanym.
Poniedziałek jak poniedziałek.
Wracam jak zawsze ok.18 do mieszkania. On zresztą też. Tym razem ja byłam pierwsza, a w mieszkaniu zastałam mojego psa i Panią Anię, która pomaga nam w utrzymaniu czystości w naszych komnatach.
Wyszłam z psem. Pogadałam jeszcze chwilę z Panią Ania po czym sprawdziłam swój telefon. Mam wiadomość od niego, że będzie później, bo odwiedza swojego syna. Myślę sobie, OK. Też wychodzę. Więc napisałam mu, że dla mnie spoko, ja też wychodzę i będę później.
Kropka.
Nie napisałam z kim i gdzie. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że coś nie tak zrobiłam.
Nie dopytał, więc pochłonęła mnie rozmowa i zapomniałam o tym.
Stwierdził, jak mi później powiedział, że nie chciał mnie kontrolować.
Bardzo tego nie lubię. On zresztą też.
W większości jak nie wychodzimy razem, to informujemy siebie, gdzie będziemy etc etc.
A jak nie zdążymy, to piszemy sms, czy jakąś wiadomość na FB.
Nie wydzwaniamy, nie piszemy non stop, szanujemy czas, gdzieś tam na mieście.
Wyszłam o 19, wróciłam o 23.
Spotkałam się z kolegą z teatru, bo razem będziemy w etiudzie. A poza tym dawno się wdzieliśmy, bo był chory, więc chciał mi opowiedzieć, jak było na długim weekendzie z jego nową dziewczyną bla bla bla.
Tak się rozgadaliśmy, że dobijała 23.
Nie sprawdzałam telefonu. Była gdzieś tam zakopany w worku.
Po czym sprawdziłam, a tam wiadomość od mojego chłopaka:"czy wszystko gut?", odpisałam, że tak i właśnie się już zbieram i zaraz będę się tulić z nim.
Wróciłam, on już spał. Wykąpałam się i szybko wskoczyłam do naszego cieplutkiego łóżeczka.
Przytuliam się. Obudził się. Zapytał, czy byłam nad Wisłą. Ja, że nie - w knajpce, na lemoniadzie, z kolegą z teatru.
No i się zaczęło.
Czy zrobiłam to specjalnie, żeby był zazdrosny. Dlaczego tym razem nic mu nie napisałam, gdzie i z kim jestem.
Czy chciałam coś ukryć. Czy ma powody do zazdrości?
No i awantura.
Ciężko było mi się wytłumaczyć, bo nic złego nie zrobiłam. Jestem w nim zakochana po uszy już prawie dwa lata i nadal się nim chwalę i opowiadam każdemu. Mieszkamy razem prawie rok. Jest nam razem cudownie. Ale zazdrość przyszła sama. To chyba znak, że mu na mnie zależy, że kocha.
Ja też jestem zazdrosna troszeczkę. Gorzej byłoby gdybym nie była.
Sprawa została wyjaśniona. Mimo to coś nadal wisi.
Nie chcę, żeby kiedykolwiek myślał, że chcę go sprowokować do zazdrości. To nie świadczyłoby nic dobrego o mnie. Nie dawać mu podstaw do podejrzeń. Chce żeby mi ufał i vice versa. Nie chcę nakręcać spirali nienawiści, bo nic dobrego z tego nie wyjdzie.
Czasami chodzi o to, żeby nie dyskutować. Przyznać się do błędu, przeprosić i na następny raz uważać.
Zazdrość to nic złego, ale nie warto jej nakręcać.
Czasem trzeba bardziej dowartościować drugą połówkę, jak ma gorszy czas. Raz na jakiś czas z czegoś zrezygnować, żeby poczuł się wyjątkowo.
Kompromis, który w związku wcale nie jest taki łatwy.
Uczę się go.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

