DDA, współuzależnienie, życie z alkoholikiem.
Opisz swoje życie w dwóch zdaniach? Ja opisuję swój ostatni tydzień do reszty nie chcę wracać. To samo wraca.
Codziennie rano wstawałam z myślą, czy jeszcze żyje. Nerwowo sprawdzałam telefon, FB i inne komunikatory. Budziłam się w nocy cała spocona, nie mogąc złapać oddechu. Szczękościsk, ból głowy i spięte mięśnie. Chciałam krzyczeć, ale nie potrafiłam. Jakby mnie tam nie było. Jakby coś uleciało i nie mogło do mnie wrócić. Chciałam płakać, ale znowu nie potrafiłam. Strach mnie napędzał. Modliłam się tylko, żeby usnąć. Szukałam ciepła. Nerwowo rozglądałam się po łóżku i szukałam mojego Ukochanego. Znalazłam. Spał. Nie obudziłam. Wtuliłam się i powoli zasypiałam.
Zaczął dzwonić budzik 7:20. Drzemka 7:40. Zanim obudziła mnie drzemka, dzwonił telefon z tak straszliwym dźwiękiem, że wstałam na równe nogi. Dzwonił do mnie brat. Oddech krótki. Bełkocze. Nerwowy. Bardzo szybko mówi. Nie rozumiem go, sama zaczynam się denerwować. Podnoszę głos, proszę, żeby mówił wyraźniej i głośniej. Jest roztrzęsiony, krzyczy, że umiera. Prosi, żebym go zabrała. Powtarza to kilkukrotnie. Tłumaczę mu, że teraz nie mogę, jak skończę pracę. Proszę, żeby się położył, usnął i oddzwonię do niego później. Posłuchał i rozłączył się. Mimo, że poczułam ulgę, nadał czuję się zestresowana i na niczym nie mogę się skupić. Jestem zła. Na niego, na siebie, na wszystkich. Czuję się bezsilna. Wydzwaniał jeszcze kilka razy. Szantażował mnie emocjonalnie. Dostawałam już szału i musiałam go ciągle uspokajać, że będę po 18. Po pracy jadę do niego. Był u swojej dziewczyny, która g zamknęła. Nie mogłam się dostać do mieszkania, czekałam pod drzwiami. Rozmawiałam z nim przez drzwi, że zaraz przyjdzie jego dziewczyna i nam otworzy. Powiedziałam, żeby już czekał spakowany, bo zamówiłam taksówkę. Wyjaśniłam, że zabieram go tam, gdzie jego miejsce. Zanim przyjechała minęła godzina. Przez ten czas słyszałam jak rzygał, pluł, palił. Słyszałam jak nie może z niego wyjść potwór. Przeraźliwie mu się odbijało. Nie mógł się wyrzygać. Te odgłosy były przerażające. Jakby miał wyzionąć dusze. Przyjechała jego dziewczyna, powiedziała mi cześć, a do niego nic. Jak już wychodziliśmy, to rzuciła w moje stronę takie słowa:
"Zrób coś z nim, on ma problem. On nawet w nocy wstaje do sklepu po wódkę." Kochana Dziewczyna. Szkoda, że nie widziała tego wcześniej i nie potrafiła mu pomóc. Palił strasznie dużo papierosów. Cały roztrzęsiony, czerwony, wychudzony. Wyglądał jak potwór. Pomyślałam, że to nie jest mój brat. Gdzie jest ten, z którym się wychowywałam. Co się stało. W taksówce w powietrzu wisi nieprzyjemny zapach. odór straszliwy. Alkohol ciężki unosił się w powietrzu. Nie mogłam tego znieść. Ponownie miałam ochotę krzyczeć. A on nerwowo zaczął mlaskać, ale tak, że stało się to wkurwiające. Myślałam, że nie dojadę do mieszkania. Poprosiłam kierowce, żeby otworzył nam okno i włączył głośniej muzykę. Miałam go dość. Jednocześnie chciałam na niego krzyczeć, a kolejnym razem tulić. Wysiedliśmy wcześniej. Spacer dobrze mu zrobi. Obok sklepu powiedział, że musi sobie kupić czteropak, bo nie zejdzie tak od razu. Będzie miał padaczkę. Kupił. Na początku się sprzeciwiłam, ale później zgodziłam. Przeczytałam w jakimś artykule, że rzeczywiście tak jest. Padaczkę miał. Piwa wypite, kolejne kupił. Wypił wino, które było schowane na "wyjątkowe okazje". Wszystko wypił. Krzyczał, że go boli, że nie może tego znieść. Że umiera.
To był dzień pierwszy - wtorek.
Środa rano.
Telefon nie przestawał dzwonić. Nieznośny dzwonek dawał o sobie znać. Już nie potrzebowałam budzika i drzemki. Mój brat skutecznie mnie budził. Wpadałam w złość, że tylko ja muszę tego słuchać. Nie miał nikogo innego. Tylko ja zgodziłam się mu pomóc. Tylko ja, i ja i ja.
Załatwiłam z siostrą przerwanie ciągu alkoholowego na czwartek. Ale nie mogłyśmy czekać, bo zaczął demolować mieszkanie, nie spał, chodził, był nieznośny i absorbujący. Płakał. Krzyczał. Prosił i pomoc. Miał "białą gorączkę", delirium poalkoholowe. Umówiłam lekarza na 21. Przyjechałam od razu po pracy. Byłam 18:30. On nie śpi, chodzi. Wędruje. Gada jak najęty. Zagaduję go, pyta o której przyjedzie lekarz. Pytał co 5 min. Czas mu się dłuży. Dostaję szału, zaczynam na niego krzyczeć, żeby dał mi spokój, że tak jak mu mówiłam, lekarz będzie o 21, więc jeszcze mamy trochę czasu. On nic nie rozumie, nic do niego nie dociera. Staram się czymś zająć, ale nic mi się nic chce. Czuję strach. Smród alkoholu i fajek przysparza mnie o mdłości. Otwieram okna i spryskuję to odświeżaczem. Czuję, że przesiąkłam tym alkoholem. Wącham się nerwowo. Dobija 21. Lekarz wysyła mi sms, że się spóźni, bo ma problem z obecnym pacjentem.
Jeszcze tego brakowało. Nie mogę go uspokoić, wyzywa się na mnie, że lekarz robi mnie w chuja. Wydarłam się na niego i powiedziałam, że jak jeszcze raz przyjdzie i będzie mi ględził, to zaraz go uśpię innymi metodami. W końcu poszedł do swojego pokoju i leżał. Już nie wychodził. Usnął. Cud. Lekarz zjawił się łaskawie o 22:30, 1,5 spóźnienia. Poszliśmy do jego pokoju. Tam nie było kolorowo. Typowa melina. Bród, smród. A przecież mój brat tak bardzo lubi porządek i czystość. Widocznie wtedy mu jakoś nie przeszkadzało. Po wódce chyba juz nie istotny jest porządek, zapach i czyste ubrania. Ma na tym punkcie obsesje. Tak samo jak na czystości w pokoju, w łazience, w mieszkaniu. pokój wyglądał jak po wojnie. Rozlany alkohol, zupki chińskie, ubrania po całym pokoju. Firanka była szara. Kiedyś pewnie biała. Dywan zalany, na ścianie odpryski po winie. Kołdra bez poszwy. On w slipkach. Lekarz go budził. Po przebudzeniu był w szoku, ale wiedział, że lekarz ma przyjechać i mu pomóc. Wyjaśnił mu, po co tu jest, dlaczego to robi. Brat bełkotał. Lekarz wyjaśnił mu, że to ostatni dzwonek. Że w jego wieku i jeszcze młodszych na intensywnej terapii wysyła do kostnicy. Żeby się zastanowił, że teraz trzeba pomyśleć o terapii, o zaszyciu się i wróceniu do trzeźwości, bo może być za późno, a szkoda by było, gdyby taki młody człowiek już umarł. Brat ma 26 la. Pije od 6 lat. Z tego co ja wiem, ale pewnie już jako małolat zaczął. Myślę, że tak poważnie od 18 roku życia. Dał mu kroplówkę. Dorzucił relanium. Uśpił go. Wypisał nam receptę i dawki jakie mamy mu dawać. Leki na sen, uspokojenie i padaczkę.
Czwartek.
Telefon do siostry. wkurwiona, że nie może z nim wytrzymać. Tabletki nie działają, on nadal wypija alkohole jej, nie śpi i jest męczący. tabletki go trochę uspokoiły, ale nadal chodzi i tłucze wszystko. w wannie pełno krwi, on cała głowa pocięta. upadł, stłukł dużą świeczkę, która jeszcze pocięła mu twarz. Nie wiadomo, czy uszkodził sobie głowę, czy nie. Po pracy pojechałam tam i kontrolowałam go jakiś czas, przekazując mojej siostrze, żeby dawała mu leki. Dawała za mało, te dawki w ogóle na niego nie działały. Poszedł do sklepu, wypiła kilka piwek. Ledwo co chodził, ale to nie powstrzyma alkoholika. To silniejsze. Już nie płakał. Ale jego twarz i wyraz przedstawiały śmierć. On był żywym trupem. Degeneracja. Dno. Chodził do łazienki i darło z niego, jakby chciał sam się wyrzygać. Odgłos jakiegoś bydlęcia.
Piątek.
Od rana sms od siostry, że mieszkanie jest zdemolowane i ona nie chce go juz tam. Chce, żeby się wyprowadził, ona nie będzie na to wszystko patrzyła. Ma dość. Z pogróżkami, jakby to był tylko mój brat. Wkurwiłam się, bo razem ze mną postanowiła mu pomóc, ale jak już było trudniej, to nie wytrzymała i chce go wyrzucić. Tak jest najlepiej, najwygodniej. Zadzwonił do mnie bełkoczącym głosem. Zaczęłam mu wyjaśniać. I tak pewnie nic nie rozumiał, ale przynajmniej się słuchał. Cały czas prosiłam, żeby wziął tabletkę i położył się spać. Dochodziła 12. Nie wytrzymałam i poprosiłam moją szefową, żeby mnie zwolniła, bo mam kłopoty rodzinne. Płakałam. Jak tylko wyszłam z pracy, zaczęłam płakać. Czułam żal, wstyd. Czułam się jakbym to ja miałam problem z alkoholem, a nie mam go. Jestem współuzależniona. Wysiadłam z autobusu. Cała się trzęsłam i bałam. Straszliwie się bałam. Nie mogłam iść, blokowało mnie. Mowę mi odebrało. Bałam się tego, co tam się dzieje, co ja zastanę. Co się z nim dzieje. Czy on jeszcze żyje? Weszłam do mieszkania. On ledwo stał na nogach. Był już ubrany w kurtkę, gotowy do zejścia na dół do sklepu. Prosiłam go bardzo długo, żeby się rozebrał i poszedł spać. Że dam mu tabletki i uśnie. Nie słuchał, chciał bardzo pójść do sklepu. Zaczął ściemniać, że nie ma już papierosów. Po czym znalazłam dwie całe paczki. Kombinował i kłamał. Cały ten czas kłamał. Obrzydliwy kłamczuch. Wstrętny. A ja mu zaufałam. Nie można im ufać. nawet jak będzie potarzał, że on już się zmieni. Gówno prawda. Alkoholik zawsze będzie alkoholikiem. Choć wierzę, że się nawróci. Ale ja już do niego ręki nie wyciągnę. Teraz wszystko zależy od niego.
Dziś już jestem na detoksie. Po całej mojej nocy nie przespanej i nafaszerowaniu go końską dawką tabletek, przespał całą noc. Obudził się trzeźwy. Spakowałam go, odwiozłam i czekam aż coś do niego trafi. Na razie jest potulny, ale w jego oczach jest smutek i kłamstwo. Jestem przekonana, że on będzie nadal pił, że nic nie zrozumiał. Ale to już jego decyzja.
"Nie umiem pisać, ale jestem tego rodzaju debilem, który jeżeli czegoś nie umie, to go to strasznie wciąga. Lubię po prostu to, czego nie umiem, co jest nieznane." M.P.
Translate
poniedziałek, 25 stycznia 2016
czwartek, 14 stycznia 2016
Ważka
Nie było mnie tutaj przez rok. Wydawałoby się, że to wcale nie tak sporo czasu. A jednak dla mnie to był kawałek życia, w którym dużo się zmieniło, a jeszcze więcej mogło się zmienić. Gdyby nie pewne sytuacje.
Nie chcę się teraz rozpisywać, co dobrego albo co złego mi się przytrafiło. Najbardziej zastanawia mnie to, dlaczego w ciągu tego roku nic nie napisałam?
Wiele razy chciałam "coś" napisać. Zrelacjonować moje dni. Ale nie doszło do tej sytuacji.
Nie chcę się teraz rozpisywać, co dobrego albo co złego mi się przytrafiło. Najbardziej zastanawia mnie to, dlaczego w ciągu tego roku nic nie napisałam?
Wiele razy chciałam "coś" napisać. Zrelacjonować moje dni. Ale nie doszło do tej sytuacji.
Rok temu w Sylwestra obiecałam sobie, że rok 2015, będzie rokiem podróży. I taki był. To nie były tylko podróże fizyczne, ale i duchowe.
Każda podróż ukształtowała mnie i dzięki temu mogłam poznać kolejną cząstkę siebie. Oczywiście, nie będę hipokrytką twierdząc, że już siebie znam, a wręcz przeciwnie. Odkrywam się na nowo. Tak samo i z poznawaniem świata.
Zwiedzając kolejne miejsca odkrywałam, że jestem zadowolona z tego, co mam i z siebie. Z przeróżnych możliwości jakie mam na wyciągniecie ręki, a których nie widziałam wcześniej, bo ktoś mnie sprowadzał "na ziemię" twierdząc, że to niemożliwe. Wcale tak nie jest. Proszę nikogo nie słuchać, tylko swojej intuicji, ciała i głosu wewnętrznego. Może ktoś sobie pomyśleć, że to jakieś brednie i nic nie ważne słowa. Wcale mnie to nie interesuje. Może mnie ktoś nazywać niereformowalną, nienormalną, nie życiowa, czy jakoś tak. Od dziecka mi to wmawiano i blokowano mi moją energię i siłę, z którą się urodziłam. Zaczęłam w nią wierzyć. Zaczęłam wierzyć w siebie i swoją moc.
Niedobre w ludziach jest to, że każdemu chcą na siłę wklepywać swoje mądrości, ale to nie działa u każdego tak samo. Jeśli ktoś czuje inaczej, to czemu nie pozwolimy mu tak robić. Tylko od razu spychamy do wora, które nam się nie podoba.
Nauczmy się akceptować to jakim jest i nie ulepszajmy tego, a pokochajmy. I to nie tylko tyczy się rzeczy, ale i ludzi. Nie uszczęśliwiajmy ich na siłę i nie zmieniajmy.
Ważne jest tu i teraz.
czwartek, 22 stycznia 2015
Brudny Berlin
Z propozycją wyszła Gosia.
- "Jedziemy do Berlina na sylwestra? (To było miesiąc przed)
ja: oczywiście!
Po godzinie napisała, że mam na mailu bilet. I Sylwester z głowy. Ale, żeby nie było tak łatwo, to została najważniejsza kwestia do załatwienia - nocleg. Przekonane, że to formalność, szukałyśmy nie śpiesząc się za specjalnie. Na zasadzie - zdążymy!
Tydzień przed, zaczęłyśmy lekko panikować, ale dzień przed byłyśmy totalnie zdesperowane. Ostatni dzień w pracy 29.12.
Na couchu sporo osób odmówiła, hotele/hostele/motele były za drogie.
Ja już straciłam nadzieję i pogodziłam się, że bilety przepadną. Gosia nie pozwoliła mi tak szybko się poddać. Zadzwoniła do mnie. Byłam przekonana, że ona też zrezygnowała nie liczyłam na cuda.
A jednak!
Udało się!
Z piątej ręki, załatwiłyśmy sobie nocleg za uśmiech. Dosłownie.
Jak człowiek może się pozytywnie zaskoczyć.
Byłyśmy tak zaaferowane, że nie miałyśmy nic przygotowane. Wyjazd na 5 dni. Nie miałam czystych ubrań. Ubrań nie miałam. Byłam na wylocie, bo chwilowo mieszkałam na Wilanowie. Jedną nogą na Ursynowie a większość ciuchów porozrzucana po Warszawie. Zrobiłam szybkie zakupy: MAJTEK!
Okazało się, że nie wzięłam dowodu. Znowu musiałam jechać na Ursynów. Całe życie na wariata.
W końcu się udało. Walizka spakowana, teraz tylko nie usnąć. Wyjazd o 5 rano.
Serce od kawy prawie wyskoczyło mi ze skóry.
Po drodze, oczywiście zaczepił mnie pan na przystanku. To się zdarza.
Prawie 10 godzin autobusem. Aaaa. Moje kolana.
Udało się.
DZIEŃ DOBRY, BERLINIE!
Brudno, szaro-biało.
- "Jedziemy do Berlina na sylwestra? (To było miesiąc przed)
ja: oczywiście!
Po godzinie napisała, że mam na mailu bilet. I Sylwester z głowy. Ale, żeby nie było tak łatwo, to została najważniejsza kwestia do załatwienia - nocleg. Przekonane, że to formalność, szukałyśmy nie śpiesząc się za specjalnie. Na zasadzie - zdążymy!
Tydzień przed, zaczęłyśmy lekko panikować, ale dzień przed byłyśmy totalnie zdesperowane. Ostatni dzień w pracy 29.12.
Na couchu sporo osób odmówiła, hotele/hostele/motele były za drogie.
Ja już straciłam nadzieję i pogodziłam się, że bilety przepadną. Gosia nie pozwoliła mi tak szybko się poddać. Zadzwoniła do mnie. Byłam przekonana, że ona też zrezygnowała nie liczyłam na cuda.
A jednak!
Udało się!
Z piątej ręki, załatwiłyśmy sobie nocleg za uśmiech. Dosłownie.
Jak człowiek może się pozytywnie zaskoczyć.
Byłyśmy tak zaaferowane, że nie miałyśmy nic przygotowane. Wyjazd na 5 dni. Nie miałam czystych ubrań. Ubrań nie miałam. Byłam na wylocie, bo chwilowo mieszkałam na Wilanowie. Jedną nogą na Ursynowie a większość ciuchów porozrzucana po Warszawie. Zrobiłam szybkie zakupy: MAJTEK!
Okazało się, że nie wzięłam dowodu. Znowu musiałam jechać na Ursynów. Całe życie na wariata.
W końcu się udało. Walizka spakowana, teraz tylko nie usnąć. Wyjazd o 5 rano.
Serce od kawy prawie wyskoczyło mi ze skóry.
Po drodze, oczywiście zaczepił mnie pan na przystanku. To się zdarza.
Prawie 10 godzin autobusem. Aaaa. Moje kolana.
Udało się.
DZIEŃ DOBRY, BERLINIE!
Brudno, szaro-biało.
![]() |
| przypadkiem #streetart# |
![]() |
| W głębi osiedla. Nasz blok. |
![]() |
| w drodze do East Side Gallery |
Zwiedziłyśmy to, co wypadało. Berlin nie zrobił wielkiego na mnie wrażenia. Prócz jednego.
To porównanie może nie będzie na miejscu, ale dobre i to.
Tam ci ludzie w porównaniu z naszymi, nie są odrysowani od cyrkla jak grupka ludzi zebrana w jednym miejscu w Warszawie. Ludzie mimo deszczu, śniegu, wiatru jeździli na rowerach. Czułam się też wyjątkowo. Byli dla nas mili, pomagali, uśmiechali się.
Mieszkałyśmy z trzema chłopakami. Francuzami. Nie byli problemowi, ale na przemian puszczali bąki, jarali maryśkę i robili jedzenie, które śmierdziało jak w kebabie albo tanim chińczyku.
Byłyśmy skrepowane, bo po tym wszystkim mieli jakieś dziwne zabawy. I pewnego razu przechodząc obok kuchni zobaczyłam, że zachowywali się dziwnie.
Zazwyczaj kuchnia była zamknięta. Więc nie wiem dlaczego, ale to był dla nas luksus. A tak poza tym, w tym mieszkaniu była domówka na sylwestra. Brałyśmy w niej udział, ale tam ludzie nie tańczą, tylko ciągle rozmawiają...
Byłyśmy senne.
Usnęłyśmy i obudziłyśmy się o 2 w nocy i wtedy otworzyłyśmy w łóżku szampana. Śmiałyśmy się jak szalone i tak przez następne 3 dni.
Co jest ciekawe, że większa częśc Berlina jest w większości cała w grafitti. Intelektualiści przemieszczający się po ulicach. Trampki, dziury, tunele, pełno tatuaży. Kolorowe włosy. To mi się podobało. W oczach ludzi w metrze, czy na ulicy można dostrzec jaką posiadają wrażliwość. Jakie doświadczenie mają i jak wiele jeszcze mają do pokazania.
Mnie w ostatnim dniu zaczepił chłopak w metrze, mówiąc w stylu, że lubi patrzeć na ludzi którzy się uśmiechają, że mam radosną buzie i oczy. (śmiałam się wtedy, na przemian uśmiechając) chyba był naćpany, ale...
haha
Jakoś nie za specjalnie chce mi się już opisywać. Więc skończę na tym.
Pozdrawiam fanów!
poniedziałek, 17 listopada 2014
melodia ulotna
Jak Merlin Monroe.
Tak się czuję.
Przyciągam i oddalam.
"Smaruję usta miodem".
Powinnam zostać aktorką. Jestem bardziej niedostępna niż nie jedna gwiazda.
Grafik napięty.
Próbuję stanąć na nogi.
Tłumy walą oknami, bo drzwiami im się znudziło. Spokój. Dogania mnie. Uratuje mnie.
Czego oni wszyscy ode mnie chcą?
Wyciągam ręce.
Muzyka, melodia uratuje mnie dziś.
Śpię. Spokój.
Jestem podniecona, ale ostrożna. Oczy szeroko otwarte ale głowa w chmurach.
POprzestawiały się pewne ścianki. Zmienił się obraz. Widzę, jakby lepiej. Ale w dalszym ciągu nie idealnie.
Czuję się spokojna. Sen. Mam dobry sen.
Tak się czuję.
Przyciągam i oddalam.
"Smaruję usta miodem".
Powinnam zostać aktorką. Jestem bardziej niedostępna niż nie jedna gwiazda.
Grafik napięty.
Próbuję stanąć na nogi.
Tłumy walą oknami, bo drzwiami im się znudziło. Spokój. Dogania mnie. Uratuje mnie.
Czego oni wszyscy ode mnie chcą?
Wyciągam ręce.
Muzyka, melodia uratuje mnie dziś.
Śpię. Spokój.
Jestem podniecona, ale ostrożna. Oczy szeroko otwarte ale głowa w chmurach.
POprzestawiały się pewne ścianki. Zmienił się obraz. Widzę, jakby lepiej. Ale w dalszym ciągu nie idealnie.
Czuję się spokojna. Sen. Mam dobry sen.
sobota, 25 października 2014
dwojaki typ
Brak telewizji, internetu.
W kuchni tylko radio, a w pokoju dwie półki przeróżnych książek.
Powrót do korzeni, można by rzec.
W łóżku samotność.
Na zewnątrz teatr.
Poprzez czytanie, przenosisz sie do innej krainy. I już później nie wiesz, czy dalej czytasz, czy to się dzieje naprawdę.
Jednocześnie masz wrażenie, ze bierzesz udział w jakiejś sztuce.
Starasz się mówić i zachowywać, jak tego wymaga od Ciebie reżyser.
Małe pominiecie tekstu, Twoja rola zmienia sens calego spektaklu.
Chcesz szybko sie poprawić. I wrócić do swojej roli.
Prosisz o podpowiedz. Nie otrzymujesz. Musisz sam sobie ja przypomnieć. W końcu tracisz cierpliwość, że jesteś uzależniony i zerkasz do scenariusza.
Udało sie. Przypomniałeś sobie, to co trzeba, jak, gdzie i z kim.
Stajesz sie spokojny. Opanowałeś to, co od Ciebie wymagał reżyser. Grasz tak, jak on tego chce.
A Ty juz nie wiesz, czego Ty chciałeś...
W kuchni tylko radio, a w pokoju dwie półki przeróżnych książek.
Powrót do korzeni, można by rzec.
W łóżku samotność.
Na zewnątrz teatr.
Poprzez czytanie, przenosisz sie do innej krainy. I już później nie wiesz, czy dalej czytasz, czy to się dzieje naprawdę.
Jednocześnie masz wrażenie, ze bierzesz udział w jakiejś sztuce.
Starasz się mówić i zachowywać, jak tego wymaga od Ciebie reżyser.
Małe pominiecie tekstu, Twoja rola zmienia sens calego spektaklu.
Chcesz szybko sie poprawić. I wrócić do swojej roli.
Prosisz o podpowiedz. Nie otrzymujesz. Musisz sam sobie ja przypomnieć. W końcu tracisz cierpliwość, że jesteś uzależniony i zerkasz do scenariusza.
Udało sie. Przypomniałeś sobie, to co trzeba, jak, gdzie i z kim.
Stajesz sie spokojny. Opanowałeś to, co od Ciebie wymagał reżyser. Grasz tak, jak on tego chce.
A Ty juz nie wiesz, czego Ty chciałeś...
w obiektywie
Jesteś sobie czlowiekiem.
Z jakimś tam charakterem, osobowością.
Nie wnikam i nie zagłębiam się. Bo po co o tym pisać, skoro i tak nie każdy to doceni.
Siedzi sobie taki szary człowiek, na przystanku.
Czeka na swoją kolej.
Piątek.
Przez większość wybłagany dzień w tygodniu.
Z niecierpliwością wypatruję swojego autobusu. Obok siedzi młoda kobieta, pewnie w tym samym celu. Jest jakaś taka smutna.
Przecież dla większości to już dzień wolny.
Od pracy. Niby...
Nie wygląda, jakby miała pracować w sobotę.
Rozgląda się na boki, poprawia włosy, wieje chłodny wiatr.
Co chwilę zerka na telefon. Pewnie patrzy na zegarek. Jednak nie. Wyciąga szminkę i maluje usta. Robi to w sposob tak zmysłowy, że nie mogę oderwać od niej wzroku.
Ona wyciągała ten telefon, jako swojego zwierciadełka. Wyglądała przeuroczo.
Bacznie się jej przyglądam. Zauważa to.
Mimo głębokiego spojrzenia, nie peszy się, uśmiecha zalotnie, wiedząc, że wyglądało to dość nietypowo.
W końcu jest.
Doczekaliśmy się kolejki.
Jedziemy.
Razem.
Usiadła dość blisko mnie.
Zerkam na nią. Co chwila, ktoś mi ja]ś zasłania, ale widzę, ze i ona zerka na mnie.
Widzi w moim spojrzeniu, zaintrygowanie jej postacią. Bacznie się jej przyglądam.
Ktoś do niej zagaduje.
Ktoś się uśmiecha.
Ktoś, ktoś, ktoś...
Czyli jednak - myślę sobie.
Coś w niej jest.
Nikt nie przechodzi obok niej obojetnie. Kim ona jest?
Co ma w sobie tak elektryzującego, że nie tylko ja to widzę.
Niech ta wspólna podróż trwa dłużej.
Zbliża się mój przystanek. Przystanek, na który czekałem od samego rana.
Dopóty, dopóki nie spotkałem jej.
Już mi się tak nie spieszyło.
Nie wymieniliśmy słowa.
A przez te podróż z nią, która trwała chwilę, dla mnie chwilę.
Opowiedziała mi piękną historię o sobie.
Wiedziała, że jej słucham.
Słuchałem.
Ukłoniłem się.
Życząc jej ( nie używając słów) piękniejszych historii niż ta, która mi opowiedziała.
Z jakimś tam charakterem, osobowością.
Nie wnikam i nie zagłębiam się. Bo po co o tym pisać, skoro i tak nie każdy to doceni.
Siedzi sobie taki szary człowiek, na przystanku.
Czeka na swoją kolej.
Piątek.
Przez większość wybłagany dzień w tygodniu.
Z niecierpliwością wypatruję swojego autobusu. Obok siedzi młoda kobieta, pewnie w tym samym celu. Jest jakaś taka smutna.
Przecież dla większości to już dzień wolny.
Od pracy. Niby...
Nie wygląda, jakby miała pracować w sobotę.
Rozgląda się na boki, poprawia włosy, wieje chłodny wiatr.
Co chwilę zerka na telefon. Pewnie patrzy na zegarek. Jednak nie. Wyciąga szminkę i maluje usta. Robi to w sposob tak zmysłowy, że nie mogę oderwać od niej wzroku.
Ona wyciągała ten telefon, jako swojego zwierciadełka. Wyglądała przeuroczo.
Bacznie się jej przyglądam. Zauważa to.
Mimo głębokiego spojrzenia, nie peszy się, uśmiecha zalotnie, wiedząc, że wyglądało to dość nietypowo.
W końcu jest.
Doczekaliśmy się kolejki.
Jedziemy.
Razem.
Usiadła dość blisko mnie.
Zerkam na nią. Co chwila, ktoś mi ja]ś zasłania, ale widzę, ze i ona zerka na mnie.
Widzi w moim spojrzeniu, zaintrygowanie jej postacią. Bacznie się jej przyglądam.
Ktoś do niej zagaduje.
Ktoś się uśmiecha.
Ktoś, ktoś, ktoś...
Czyli jednak - myślę sobie.
Coś w niej jest.
Nikt nie przechodzi obok niej obojetnie. Kim ona jest?
Co ma w sobie tak elektryzującego, że nie tylko ja to widzę.
Niech ta wspólna podróż trwa dłużej.
Zbliża się mój przystanek. Przystanek, na który czekałem od samego rana.
Dopóty, dopóki nie spotkałem jej.
Już mi się tak nie spieszyło.
Nie wymieniliśmy słowa.
A przez te podróż z nią, która trwała chwilę, dla mnie chwilę.
Opowiedziała mi piękną historię o sobie.
Wiedziała, że jej słucham.
Słuchałem.
Ukłoniłem się.
Życząc jej ( nie używając słów) piękniejszych historii niż ta, która mi opowiedziała.
sobota, 18 października 2014
Trup w szafie.
Jacek, Tomek, Szymon, Łukasz, Artur, Krzysiek, Daniel, Maciek, Sylwek, Bartek, Alek, Piotrek...
Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Ale to chyba nie istotne. Każdy z nich, miał "trupa w szafie". Co to oznacza? - coś co nie do końca współgrało w naszej relacji.
Zauważyłam pewną prawidłowość - każdy z nich jest egoistą. Choć od samego początku było to widoczne, mimo wszystko wmawiałam sobie: " nie, to tylko chwilowe, tak mi się wydaję, nakręcam się". Jednak szybko mnie nudzili i chciałam czegoś nowego. Tak jak i ja, oni też potrzebowali ciągłego kontaktu z nowymi osobami, pogoni za ideałami i przeżyciami. To jedna z przyczyn, choć znalazłoby się sporo innych. Ale czy to tak naprawdę o to chodzi?
W co ja mam wierzyć? - ja się pytam. W co?
Stwierdziłam, że wiara w siebie, będzie najlepszą wiarą jaką mogę wybrać. Tak też się stało. To mnie umacnia i rozwija. Czytam, dużo czytam. Otwieram się na nowe doznania. Ale nie tylko te za pomocą ciała, ale przede wszystkim umysłu. Metafizyka. To jest to.
Ostatnio tak mam, że nudzą mnie ludzie. I z wzajemnością, pewnie. Coraz mniej chce mi się z nimi gadać, spotykać. Polubiłam swoją samotność. Jednak mieszkanie samemu po części rozwija i pozwala ci się samemu kształcić. Doceniać swój czas, możliwość robienia czegoś tylko i wyłączenie dla siebie.
Egoizm mężczyzn, z którymi się spotykałam, w końcu przeszedł na mnie. Ah, jak mi dobrze. I mimo, że nie organizuję spotkań, zamykam się w mojej krainie, to i tak ludzie mnie odwiedzają, piszą, dręczą, myślą. Nie ucieknę przez nimi. I to nie na zasadzie, że ja och do siebie zniechęciłam. Ja ich zniechęcam, odmawiając spotkań, bo ewidentnie nie mam na to ochoty.
To samo w relacjach damsko-męskich. Nie mam ochoty się z nimi spotykań. Nie ma chemii. Gwiezdnych wojen, nie ma nic, co mogłoby mnie zatrzymać na dłużej. Albo dorośli chłopcy albo kretyn i gamoń. Albo-albo.
Już nawet mi się nie chce pisać. To takie męczące.
Oni mają po prostu "trupa w szafie".
Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Ale to chyba nie istotne. Każdy z nich, miał "trupa w szafie". Co to oznacza? - coś co nie do końca współgrało w naszej relacji.
Zauważyłam pewną prawidłowość - każdy z nich jest egoistą. Choć od samego początku było to widoczne, mimo wszystko wmawiałam sobie: " nie, to tylko chwilowe, tak mi się wydaję, nakręcam się". Jednak szybko mnie nudzili i chciałam czegoś nowego. Tak jak i ja, oni też potrzebowali ciągłego kontaktu z nowymi osobami, pogoni za ideałami i przeżyciami. To jedna z przyczyn, choć znalazłoby się sporo innych. Ale czy to tak naprawdę o to chodzi?
W co ja mam wierzyć? - ja się pytam. W co?
Stwierdziłam, że wiara w siebie, będzie najlepszą wiarą jaką mogę wybrać. Tak też się stało. To mnie umacnia i rozwija. Czytam, dużo czytam. Otwieram się na nowe doznania. Ale nie tylko te za pomocą ciała, ale przede wszystkim umysłu. Metafizyka. To jest to.
Ostatnio tak mam, że nudzą mnie ludzie. I z wzajemnością, pewnie. Coraz mniej chce mi się z nimi gadać, spotykać. Polubiłam swoją samotność. Jednak mieszkanie samemu po części rozwija i pozwala ci się samemu kształcić. Doceniać swój czas, możliwość robienia czegoś tylko i wyłączenie dla siebie.
Egoizm mężczyzn, z którymi się spotykałam, w końcu przeszedł na mnie. Ah, jak mi dobrze. I mimo, że nie organizuję spotkań, zamykam się w mojej krainie, to i tak ludzie mnie odwiedzają, piszą, dręczą, myślą. Nie ucieknę przez nimi. I to nie na zasadzie, że ja och do siebie zniechęciłam. Ja ich zniechęcam, odmawiając spotkań, bo ewidentnie nie mam na to ochoty.
To samo w relacjach damsko-męskich. Nie mam ochoty się z nimi spotykań. Nie ma chemii. Gwiezdnych wojen, nie ma nic, co mogłoby mnie zatrzymać na dłużej. Albo dorośli chłopcy albo kretyn i gamoń. Albo-albo.
Już nawet mi się nie chce pisać. To takie męczące.
Oni mają po prostu "trupa w szafie".
Subskrybuj:
Posty (Atom)



.png)
.png)
.png)