Translate

piątek, 18 stycznia 2013

Quo.





Status quo - (czyt. status kwo) – w psychologii i innych naukach społecznych: stały stan rzeczy.


Większość ludzi ma tendencję do zachowywania status quo. Lęk przed zmianą i nieznanym oraz przywiązanie do dotychczasowej sytuacji i trybu życia prowadzi czasem do zaskakujących decyzji życiowych, np. żona, która trwa przy mężu alkoholiku i tyranie, bezrobotny, który żyje na granicy wegetacji, ale nie chce podjąć żadnej pracy.


Tendencja do zachowywania status quo może mieć też charakter odrzucania wszelkich nieznanych rozwiązań, pomysłów i innych innowacji.( http://pl.wikipedia.org/wiki/Status_quo_(psychologia))

Zmieniłam pracę! - już nie jestem quo.






"Cokolwiek robisz, miej pasję, aby to robić, inaczej tracisz po prostu swój czas."




Nawet sobie nie zdajecie sprawy jaką czuję ulgę. Pięć lat w jednej pracy, w której czułam się najgorzej. Wypaliłam się, już nic chyba nie mogło mnie tam uratować. Szukałam od kilku lat nowej pracy, chodziłam na rozmowy i zawsze było coś nie tak, to moja dyspozycyjność, to sio to owo. Byłam na granicy rozpaczy. Tkwiłam w jakimś marazmie, robiłam coraz więcej błędów, byłam rozdrażniona każdego dnia.

No nie wiem, jak to opisać bardziej. Wszystko mnie tam wkurwiało, za przeproszeniem. Nie mogłam słuchać już ludzi z którymi współpracowałam, oni nie mogli mnie. Było coraz gorzej. W pewnej chwili myślałam, że już zostanę tam do usranej śmierci. Przestałam wierzyć w siebie, wmawiałam sobie, że do niczego się nie nadaję, tylko tu mnie chcą. Nieprawda!


Chcę mnie wszędzie. Ta firma była jak sekta. Nie chciała mnie wypuścić, nie dawała nic w zamian, co mogłoby mnie jakoś wznieść. Ja się tam zatracałam. I dobrze o tym wiedziałam. Tylko jakoś brakowało odwagi. Straciłam pięć lat życia tam. Tak! Ja powinnam była tam pracować rok góra dwa. Nabrałam doświadczenia jakie powinnam, a resztę tego zmarnowanego czasu straciłam na nerwach, stresie i na wszystkim innym, co tłumiło mnie, prawdziwą. Obdzierali mnie ze skóry. O jej, Niepotrzebnie chyba tak się użalam. Najważniejsze, że w końcu, nabrałam odwagi, żeby przeskoczyć tę barierę, której tak kurczowo się trzymałam.


Decyzje o zmianie pracy podjęłam z dnia na dzień. To było niesamowite. Odezwałam się do znajomego poprzez e-mail, on odpisał życząc mi wszystkiego dobrego w nowym roku, dodając takie oto zdanie:" oo widzę, że nadal pracujesz w tej firmie" - z ironia. "W takim razie zmiany pracy i milionów". Od słowa do słowa. Okazało się, że kogoś potrzebuje, dał mi pracę, możliwości o dogodne wynagrodzenie. Pomyślałam, sobie: "Marta, w końcu będzie Cię na coś stać". Jakie to smutne. Może nie zdawaliście sobie sprawy jak naprawdę to wyglądało, ale to nie była BAJKA.


Zwolniłam się z dnia na dzień. Rozmawiając z przełożoną nie wiedziałam, jak zacząć rozmowę. Czułam się jakoś "głupio". Że ja, zwalniam się. Najgorsza z najgorszych ma pracę, ktoś ją chce. Pff. Dobre mi sobie.


Zaprosiłam ją na rozmowę. Powiedziałam co i jak. Reakcja była odwrotna niż ta, której oczekiwałam. Sama mówiłam to z uśmiechem, byłam zadowolona, że mogę powiedzieć, że będę miała nowa pracę, nowe możliwości, inne godziny pracy, lepsza kasa.


Wszystko lepsze.


Najgorsze jest w tym wszystkim to, że przywiązujemy się do osób, z którymi pracujemy. Tego mi najbardziej żal, ale przecież nie umieram, maja do mnie kontakt, Mogą pisać, dzwonić, spotykać się.





Już mnie tam nie ma. Ale czy na pewno?


Teraz moje miejsce pracy wygląda zupełnie inaczej niż to, przez pięć lat. Tu pracuję z jedną osobą, tam miałam ich ok 30. Tu mam biuro wyłącznie dla siebie, tam dzieliłam je z 10 osobami (były zmiany).Tam było wszystko po kosztach, tu jest wszystko ekskluzywne. Tam miałam pracę zaplanowaną na każdą minutę, tu sama ustalam sobie harmonogram i narzucam tempo. Wcześniej korporacja, teraz firma dwuosobowa. 

Czy jestem zadowolona, czy mniej wydajna?
- wręcz przeciwnie. 
Teraz czuję, że żyję, że ktoś docenia moją pracę, że "coś" robię i robię dobrze.

Tyle lat studiowania, tyle lat bezproduktywnej pracy, jako "korpoludek", w pizdu. 

"Zacznij skupiać się na takiej edukacji, która niesie ze sobą faktycznie olbrzymie korzyści"

Mam nauczę, Wiem, że teraz nie mam czasu poświęcać jednej firmie pięciu lat, po to, żeby stać się gałganem, nie wierzyć w siebie, stracić pewność siebie. Mogłabym wymienić i wymieniać. Już nie mam ochoty.

Zaczęłam ten rok, bardzo, ale to bardzo pozytywnie. Chcę w końcu zacząć się realizować. Zmieniać świat. - wiem, że to brzmi śmiesznie. Ale mam dość tego, że ktoś ciągle mnie krytykuję bądź wyśmiewa się z moich pomysłów. Ja, teraz będę robić wszystko, żeby w końcu spełniać swe marzenia. 

Chcę żyć zgodnie ze sobą, tak jak ja chcę, a nie jak inni chcą żebym żyła. 

Ileż ja mogłam to znosić. Boże.

Szkoda mi samej siebie. 

Mam kilka pomysł na ten rok. Będę Was o nich bieżąco informować. 

Moje życie nabiera kolorów, ale to tylko dzięki mnie, samej. 

Odwagi ludzie, życzę Wam tego!

Ja ją kiedyś miałam. Straciłam, ale znowu odzyskałam. 

Pamiętajcie:

"Konsumpcja jest efektem ubocznym bycia niezależnym finansowo, ale postawieni przed wyborem, niezależni finansowo chętni by zrezygnowali z konsumpcji, aby zachować swój status."

Nie bójmy się robić tego, co naprawdę chcemy. Podróże? Jasne, zacznij podróżować, nie musisz mieć nie wiadomo ile kasy, weź odwagę ze sobą. Chcesz zmienić pracę? nie czekaj tak jak ja pięciu lat. Chcesz zmienić kierunek studiów bądź je rzucić, zrób to. Nie trać czasu na coś, co nie daje Ci satysfakcji. 


Zacznij żyć!

Uśmiechaj się do siebie i do innych ludzi, odrzuć to, co jest ci niepotrzebne, co ciągnie Cię w dół. 

Wybierz jakość, a nie ilość.

Trzymajcie kciuki za mnie i za siebie. 








niedziela, 6 stycznia 2013

Pochuje.


"Pochuje powstały z braku rymu."M.P.







Pewnie się zastanawiacie, dlaczego umieszczam ciągle cytaty Marii Peszek? Otóż, kocham tę babeczkę!
I pewnie jest wiele osób, które tak jak ja, jara się nią w taki sposób, że każde jej słowo uważa za naprawdę cenne. Ona wyraża siebie przez muzykę i świetnie jej to wychodzi.

A ja wyrażam się Marią Peszek.

W czwartek byłam na premierze Bejbi Blus. Dostałam zaproszenia od moje kumpla. Zabrałam swoją przyjaciółkę i biegusiem popędziłyśmy na seans. Pewnie wiecie, co to za film. Nie chcę nikogo obrażać, ale to nie mój target filmowy. Poza tym, byłam ciekawa, co to jest. Do cholery. Z własnych pieniędzy nie kupiłabym sobie biletu. Za darmo - to większość pójdzie. Oczywiście, wejście było na zaproszenia, więc jak się domyślacie, sale wypełniły się celebrytami. Szał. Pozorka do upadłego.

To była ta - zepsuta cyganeria warszawska. 

Rozpoczął się film. Film, jak film, Myślałam, że będzie gorzej, Poruszał smutne sprawy życiowe, to prawda. Ale ja już o tym wcześniej wiedziałam.To był dramat. W sensie film, gatunek. Hehe. Były chwile, że miałam dobry ubaw z niektórych scen, a to dlatego, że to była tragikomedia. Ludzie jak usłyszeli mój śmiech, byli przerażeni, odwracali głowy, zaglądali, kto się tak śmieje.

Nie wiem, ci ludzie, w ogóle, ale to w ogóle nie mieli dystansu. Oczywiście, zostałam potraktowana, jak "głupia małolata- bez wartości, która pewnie poszła pierwszy raz do kina i nic nie rozumie".

pff.

Chyba bardziej rozumiem niż się wam wydaje.

Takie sytuacje, miałam na porządku dziennym, no może oprócz tak harcorowej, która była pokazana w tym filmie, a propos zamknięcia dziecka w schowku na bagaże...

z tego się nie śmiałam.

Przeczytałam o sobie w necie, że moje zachowanie było straszne. I trochę zrobiło mi się przykro.

Chyba się za bardzo oburzyli, co do końca nie miało większego sensu.

Może oni są tak sztywni i nie potrafią wyluzować, że takie zachowanie było w ich towarzystwie naganne. Nie rozumieją widocznie z czego wynika śmiech, czym w ogóle jest.

Może powinni wyjąć w końcu, kij z dupy?

Film się skończył, zaczął się bankiet. Alkohol lał się strumieniami. Strasznie mnie suszyło po filmie, więc od razu z koleżanką, w ciągu sekundy wypiłyśmy lampkę wina. Najlepsze jest to, że jak szłam po alko, to patrzyli na mnie, jak na dziecko, które wzięło alkohol i jeszcze miało czelność śmiać się z takiej tragedii życiowej, przedstawionej w filmie.

Wypiłyśmy po trzy drinki i do domu. Ja z jednym wróciłam, bo nie dopiłam, a szkoda było zostawiać.

Miałam też ostatnio taką dość zabawną sytuację, że jak wracałam do domu z centrum, to spotkałam się wzrokiem z takim mężczyzną. Przez całą drogę do domu, wyglądał i patrzył na mnie. Zerkał już później tak bezczelnie, że patrzyłam na niego z taką samą odwagą, że nawet nie mrugnęłam. On też słuchał muzyki. Obserwowałam go i widziałam jak poruszał ustami, śpiewał pod nosem. Ale robił to celowo, żebym to zobaczyła. Może dlatego, że widział, jak nóżka mi chodziła w rytm muzyki, do mojej ulubionej piosenki Peszek, "Sorry Polsko"

To było coś takiego, że i on, i ja, przekazywaliśmy sobie jakieś sygnały, w taki delikatny sposób. Jeszcze to spojrzenie. Delikatne poruszanie ustami. Czułam, że ten koleś bardzo chciał podkreślić to, że mnie obserwuje i że zobaczył, coś we mnie ciekawego.

Pewnie, jak co drugiemu, spodobały mu się moje oczy.

Patrzył bardzo głęboko i vice wersja. Aż mi oczy łzami zaszły z tego wytężającego "gapienia się". Zwracał uwagę na każdy mój ruch. Sama się na tym złapałam i robiłam to samo. Tuż przed samym przystankiem, gdzie nasz wzrok spotykał się, co 3 sekundy. Parsnęłam śmiechem. Nie wytrzymałam. Zaryczałam, zapiałam i wyszłam z autobusu. On, odwrócił głowę i spojrzał na mnie tak, jakby chciał mi powiedzieć - "Miło było wracać z Tobą do domu. Dzięki za zabawę w spojrzenia. "

Serio?

już myślałam, że za mną wyjdzie i nie wytrzyma. Że porozmawia, zaczepi. Ale dobrze, że tego nie zrobił, inaczej to nie byłoby takie tajemnicze.

Miły mój.





sobota, 5 stycznia 2013

"Pan nie jest moim pasterzem niczego mi nie brak" M.P.





"Pan nie jest moim pasterzem
A niczego mi nie brak
Nie przynależę i nie wierzę
I chociaż idę ciemną doliną
Zła się nie ulęknę i nie klęknę"






Święta świętami, już ich nie ma.

I po co, ten szał co roku?! Ja się pytam. Za każdym razem mnie, to irytuje i coraz bardziej nie lubię tych przereklamowanych świąt! W pracy włączają mi kolędy, a czy ktoś się mnie zapyta, czy ja lubię tego słuchać? Niee, po co. Jestem szaraczkiem i mam słuchać tego, co włączy mi moja przełożona. Szlag mnie jasny trafia. Kiczowate dekoracje w pokoju i przy moim biurku, pff.

Składka na prezenty, skoro nie zarabiam dużo i jeszcze mam kupować darmozjadom. Nie mam na, to ochoty i wole wydać na alkohol albo na bilet do kina. Wigilia firmowa, obżarstwo, patrzenie na siebie milusio, sztucznie. Połowy osób nie kojarzę, pomimo tak długiego stażu w kołchozie. Szopkę, to ja tam mam przez cały rok, a przed okresem świąt, to już całkiem. Czy tak trudno zrozumieć, że nie każdy lubi tak właśnie spędzać?!
Ja w tym dniu i przed chciałabym mieć święty spokój.

Strata pieniędzy, zdrowia, bo połowa osób ląduje w szpitalu z grypą żołądkową. Gałgany. Nienażarte świnie- sorry. Tylko się nachapać.
Prezenty?
- Połowa ląduje na allegro albo oddaję się kuzynom albo wymienia w sklepie na coś innego. Po co to wszystko? Pod koniec grudnia, budzimy się z ręką w nocniku i z pusty portfelem. Cała kasa na prezenty i na żarcie, poszło się jebać w koszu. Bo francuskie pieski nie jedzą już jedzenia ze świąt.
Kiedyś mnie, to kręciło, jak byłam dzieckiem. Teraz, to już nie, to samo. To bunt, tak, bunt przeciw tym wszystkim komercjom i imprezom na pokaz. Mówcie sobie, co chcecie, ale czy nie łatwiej byłoby zorganizować, to inaczej?
Mniej tego, ale z głową. I wtedy, to wszystko wyglądałoby trochę, bo trochę, inaczej .





Pasterkę zrobiłam sobie z moją koleżanką i siostrą o 20:00. Na stole był śledzik (został z wigilii), mnóstwo żarcia i pyszna wódeczka. Mniam, to był prawdziwy polski stół świąteczny. Tutaj nie było sztucznej atmosfery. Bawiłyśmy się zacnie. Pozdrawiam Cię, Droga Aniu. Dziękuję.

To samo było z sylwestrem. Miałam kilka propozycji i wiecie, którą wybrałam? Swoje mieszkanie, łóżko i psa. Aż wstyd się przyznać, bo nawet nie wytrwałam do 24. Otworzyłam wino, założyłam seksi -  fleksi strój, szpile i zrobiłam sobie seans filmowy. Oglądałam "Ostatnie tango w Paryżu", Ja je miałam na Gocławiu. 
Ha!



Obudziłam się ok 1 w nocy, patrzę na telefon, a tam milion połączeń, wiadomości. Na żadną nie odpisałam, nawet nie oddzwoniłam. Dokończyłam wino i poszłam dalej spać.

Dziękuję do widzenia.

Rano wstałam z poczuciem, jakby nic ciekawego mnie nie ominęło. Z tego, co opowiadali mi znajomi,to nigdzie dupy nie urywało. Więc nie ma co żałować. Ja nie żałuję niczego. I tak zawsze do wszystkiego podchodzę.

A propos postanowień noworocznych, to jakieś mam. Pewnie większość z was, coś tam sobie zaplanowała do spełnienia. Jak się ziści mój plan, na pewno o tym napiszę.

Żegnam czule i ozięble.

Bądźcie najlepsi w tym roku.

I nie zapomnijcie, mamy 2013, czyli dwa tysiące trzynasty rok.

M.


poniedziałek, 10 grudnia 2012

Dwa dni w Krakowie - anything else?

Hej, przygodo!


Czułam to już do piątku, czekając dwie godziny przy Czerniakowskiej na autobus.
Fuck!
Oczywiście, jak tylko poszłam na inny przystanek, ten od razu przyjechał.
No super.
Tylko szkoda, że byłam za daleko, żeby tam dobiec. A miałam do tej koleżanki,dosłownie 30 min z przesiadką. Dotarłam na 22:00 posiedziałam dwie godziny i usnęłam na fotelu.
Aaa. O 6:15 pociąg do Krakowa. Wstałam, wyszłam. Tym razem dojechałam szybciej do domu, ale tylko o godzinę.
W domu byłam o 3. Na 6 pociąg. Stwierdziłam, że nie ma co się rozbierać, przebierać, położyłam się w tym, w czym przyszłam.
To tak , jak z tego filmy: " Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz". Spałam dwie godziny. Budziłam się co 30 min z przerażeniem, że zaspałam.
Udało się.
Dotarłam, wsiadłam do pociągu.
Jadę.
Poczułam ulgę.
Dobrze też byłaby poczuć ją na bilecie, który był studencki, a ja nie miałam ważnej legitymacji. Cierpliwie czekałam na konduktora. Była to kobieta. Mówię, że zapomniałam legitymacji, chcę dopłacić.Ona mówi, że dobrze, ale ja muszę pani wypisać nowy bilet i poproszę za całość 59 zł Ale dodała, proszę Pani, pani jedzie nie tym pociągiem, co ma Pani na bilecie!
Nieeee, to koszmar. jeszcze tego brakowało. Ale okazało się, że mój miał jechać 3 h, a ten jedzie 6 h. Trudno, miałam być na 9, byłam po 12. Świetnie, wszystko świetnie, ale ja mam tylko 35 zł.
W tym momencie, po raz kolejny chciało mi się płakać.
Dlaczego?
Nawet nie było od kogo pożyczyć. W przedziale, sami ciule. Dwóch dziwnych typów, a przecież nie będę biegać po przedziałach i prosić o pożyczkę. Nie każdy jest altruistą. Nie bądźmy śmieszni. Mówię tej pani, jaka jest sytuacja, dała mi jeszcze czas na zastanowienie się, co dalej. Ale co ja jej miałam powiedzieć. Najśmieszniejsze było to , że zapytała mnie, ile mam lat. Skłamałam, ale po co? Przecież jeszcze obowiązywała mnie zniżka studencka. Wpadłam w jakiś szał, że posunęłam się absurdu, gdzie nigdy nie kłamałam, a propos wieku.
Czekałam, czekałam.
Przyszła, powtarzając, że nie wie , co ma ze mną zrobić. patrzyłam na nią - wiadomo. Smutne oczka, pokora, ja naprawdę, nie zrobiłam tego specjalnie. Nagle ona, poprosiła mnie o dopłatę 10 zł do miejscówki i poszła.
Mówiąc pod nosem: " jak mnie kontrola złapie, to będę miała po uszach i ona też".


Dziękuję Ci, dobra kobieto.
Bądź zdrowa.
Czułam, że nie chce mi zrobić na złość.
Podbiła bilet.
Tylko do tej pory zastanawia mnie, po co ja dopłaciłam 10 zł za miejsce?
Może nie chciała tak do końca podarować i wyzbyć się wyrzutów sumienia, to, chociaż te 10 zl, będzie dla mnie jakaś karą.
Oczywiście był drugi konduktor.
Wpadł tam jakieś 3 h po tej pani. Sprawdził, poszedł dalej, kamień z serca. Przywitało mnie oto tych dwóch panów!
How sweet!

tak mnie przywitał Kraków ;p


Kraków. Oh.


oh. było cudownie, mroźnie, mgliście, ale romantycznie. W drodze na spektakl do PWST


Ostatni raz byłam tu w kwietniu na festiwalu filmowym. Dworzec był cały w remoncie, ciężko było gdziekolwiek się dostać.
A teraz, to całkiem inna bajka. Przywitało mnie piękne słońce. Powiem wam, że tego było mi trzeba.
Tu jest całkiem inny klimat, a może tylko ja to tak odczuwam. Mniejsza, tak naprawdę. Poczułam błogostan. Cały rynek, zastawiony był świątecznymi budkami z przeróżnym jedzeniem, piciem i pamiątkami.
Tak bardzo chciałam napić się grzanego wina. Mhm.
Spacerowałam, obserwowałam tutejszych.
Chciałam zapalić, nie miałam ognia. I jakoś nie potrafiłam wyłapać tego z tłumu, kto mógłby mnie Przystanęłam przy jakiejś budce trzymając w ręku papierosa, którego tak bardzo chciałam zapalić.
Nagle ten pan, który był sprzedawcą, zapytał mnie czy szukam ognia i dał mi zapałki z jakimś góralskim napisem.
To mógłby być temat na bajkę: "Współczesna dziewczynka z zapałkami".
Po tak relaksującym spacerze udałam się do swojego apartamentu. Tam zostałam miło przywitana, Wyjaśniono mi, co i jak. Otworzyłam drzwi i pierwsze, co zrobiłam, to rzuciłam się na łóżko. Pomyślałam, że nie może być lepiej. Było najlepiej. Poczułam się, jak Kevin sam w Nowym Yorku, jak wynajął sobie najlepszy apartament, za, który zapłacił karta kredytową ojca.
Ojej.
Kąpiel, makijaż i szybciutko na PWST na spektakl "Helter Skelter"

Młodzi ludzie, nowe talenty,sztuka też niczego sobie. Powiem krótko, bardzo mi się podobało. Czasami absurdalna, ale dość zabawna. Ale nie równa. Były momenty, że nie była dobrze zagrana. Można było wyłapać amatorstwo, ale Ci młodzi aktorzy nieźle z tego wybrnęli. Były trzy role, które najbardziej mi się podobały. Dwóch panów o ciekawej osobowości oraz kobieta, która miała piękną dykcję. Jej głos mnie zaczarował.
Najbardziej jak śpiewała "The winner takes it all".
Urocza.
Ta piosenka oddawała wszystko to , co chciała przekazać wyrazić siebie.


Też tak czasami mam. Wolę wyrazić siebie przez muzykę. Tu i tekst i melodia odgrywają wszystko. Ekspresja. I ta piosenka w tym momencie oddawała i wyrażała mnie,stan, w którym się znajdowałam.
Szacunek dla młodych, zdolnych artystów. Jeśli będziecie mieli możliwość zobaczenia, polecam gorąco.

Niedziela.

A w niedzielę? - Oświęcim. Taak.



Pojechałam tam.
Potrzebowałam zobaczyć to - właśnie teraz. Czy to zdjęcie nie odzwierciedla wszystkiego? Już sama podróż była dla mnie refleksyjna. Jak tylko wjechałam do Oświęcimia to miasto było strasznie smutne.
Było strasznie dużo turystów zagranicznych. Tam jednak ludzie przyjeżdżają i chwała, im za to , że chcą zobaczyć, jak to naprawdę wyglądało. Choć większość sobie pewnie nie zdawała, aż tak bardzo z tego sprawy. To po tej wizycie, w muzeum zmienili zdanie.
Spacerowałam.
Za bardzo nie wiedziałam nawet, co mam sobie o tym wszystkim pomyśleć. Czytałam książki o tym, przeróżne. Od dziecka strasznie mnie to ciekawiło. Babcia, dziadek, mama. Ktoś ciągle o tym opowiadał. Ale mówili to tak, że to było dla mnie straszne. I było, jak zaczęłam wchodzić do ponumerowanych bloków. Kto wie, był, nie będę opisywać.
Tam trzeba być.
I każdy powinien być tam, chociaż raz w życiu. Nie zapominać o tej historii. Było strasznie zimno, po dwóch godzinach odwiedzin, przyszło mi coś takiego do głowy, że współcześni ludzie nie doceniają tego,co mają. Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, wybierz się tam na zwiedzanie, a, wtedy Twoje podejście zmieni się diametralnie.
Może to głupie.
Wiem, nie chce być tutaj moralizatorką. Ale jak czasami słucham ludzi, którzy narzekają na wszystko, to mnie za przeproszeniem, szlak jasny trafia!
Zobaczyłam coś takiego i zrobiłam zdjęcie:



Róża...

To zdjęcie było zrobione w bloku, gdzie znajdowały się zdjęcia ofiar z Francji. Chyba nie muszę nic dodawać. Wyszłam z muzeum ostatnia. Pan z ochrony czekał na mnie. Podał mi moją torbę i wyszłam. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jaka panowała cisza. I ta pogoda. Mróz, mgła. Latarnie za mgłą. Czekałam na autobus do Krakowa. Cisza i nikogo prócz tego. Autobus się spóźniał. Zaczynałam się bać, że nie wrócę do Krakowa na czas i do domu do Warszawy. Po kilku minutach opóźnienia przyjechał. Nie ukrywam, że się ucieszyłam. To co miałam zobaczyć i przeżyć, to zrobiłam. Czas na powrót do domu.


Kraków.


Bilet wykupiony z miejscówką.
O nic już więcej nie musiałam się martwić.
Tłok, ciasno, ledwo znalazłam swój przedział.
Oczywiście poleciały wióry, bo jakiś pan myślał, że nie przyjdę i trzymał moje miejsce z nadzieją, że sobie spokojnie usiądzie.
Przegoniłam dziada i heja.
A w przedziale sami mężczyźni.
Smród tanich, perfum, spoconych pach, skarpet.




Wyglądali jak braci. Tacy podobni...
Już wiem.
To te dziubki. Hehe
Sorry.
Patrzyli na mnie, ja na nich.

Excuse me, what's your name?


My name is:


Stanisław Przybyszewski,
Danuta Stenka,
 Rysio z Klanu,
Pajac,
Jay - Z,
Dorota Rabczewska,
Weronika Rostatii,
Wydział Polonistyki,
 Małgorzata Foremniak,
 Krystyna Janda,
Agata Buzek,
 Bogusław Linda,
 Joanna Krupa,
Natalia Kukulska,
Anna Jantar,
ciul...

OK, włączam sobie muzyczkę i idę spać. Nudno tu z wami.

Do widzenia Krakowie, dzień dobry Warszawo!

wtorek, 4 grudnia 2012

Yes, I Know That


Nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że zawiesiłam Fejsbuka. Hę? jakieś komentarze? Jak to mówią: "nie ma fejsbunia, nie ma znajomych"- zgodzę się z tym. Ale dość o tym. Może spróbuję opowiedzieć, co wydarzyło się do tego czasu.

A więc, piątek w sumie, to był jeszcze ten dzień, gdzie oznajmiłam wszystkim, że od soboty, już będzie ze mną tylko i wyłącznie kontakt telefoniczny za pośrednictwem e-mail bądź przez bloga. Nie zapominając o realu, rzecz jasna. Poszłyśmy z koleżanką do klubu, gdzie odbywały się Andrzejki, taaak! Zrobiłyśmy sobie standardowo bifora, w jakimiś przejściu, gdzie od razu ochroniarz nas przegonił, więc schroniłyśmy się w jakiejś bramie. Tam za to, zostałyśmy zaskoczone przez dwóch młodych mężczyzn ( nawet byli całkiem przystojni!) Wpuścili nas przez bramę i zaproponowali bardzo otwarcie, że jak nie będziemy miały, co ze sobą zrobić, to zapraszają pod czwórkę. Nie ukrywam, że nie byłyśmy zaskoczone, bo takie sytuacje raz na jakiś czas nie są nam obce. Oczywiście nie skorzystałyśmy. Wypiłyśmy i rozeszłyśmy się w swoje strony. Czyli, ja z koleżanką tam gdzie, zaplanowałyśmy, a druga do swoich znajomych.

Po drodze, oczywiście musiał nas ktoś zaczepić. Na szczęście to była kobieta i to całkiem miła, ale nie Polka.

W środku - masa ludzi. Impreza z każdą minuta rozwijała się swoim tempem. Nie można było przejść, były tam jakieś urodziny, więc nagromadziło się tych ludzi jeszcze więcej. Zaczęłyśmy od kolejki po alkohol. jedno drugie, w miedzy czasie papieros i rozmowy. Bardzo poważne i szczere mimo tematycznej imprezy. Jak już poczułyśmy, że możemy tańczyć, zeszłyśmy na dół i się zaczęło.

Nie wiem, jak wy, ale ja dostaję palpitacji, jak zaczepiają mnie krogulce. Tłumaczę, krzyczę, bo muzyka jest tak głośna, że ten pajac nie słyszy tego, że ma zabrać swoją rączkę z mojego brzucha. Nosz, co za ludzie! Mężczyźni...Pożal się boże. Pff.
Byłam wyjątkowo wyczulona, moja znajoma też. Tylko się ze mnie śmiała, ale jak do niej ktoś podchodził to robiła taką minę, że zaryczałam dzikim śmiechem. Ratunkuuuuu! Nie byłam sama. hehe
Jedno, co było ciekawe, to spotkania w toalecie. Pełno kobiet, które czekały na komplementy. Ja je wyczułam, nie mogłam się powstrzymać, żeby coś powiedzieć.
Np.:
- "gdzie robiłaś sobie usta?"
- " pff, to moje naturalneeee"
- "OK, sorry. W dzisiejszym świecie, to ja już nic nie wiem, co jest naturalne, a co nie"
Jedną to nawet złapałam za piersi, tak miedzy nami, to moje najbliższe koleżanki, wiedzą, że czasami lubię, ale obcą kobietę? Musiało mnie naprawdę ponieść delikatnie. Ale ona chyba sobie sprawy nie zdawała z tego, co zrobiłam, była tak zafascynowana tym, że jej słodzę, że nie zauważyła bezczelnego macanka. ha! Ja to potrafię. Pewnie nie jeden mężczyzna mi zazdrości.
Żarcik.
Oczywiście, nie obyło się od pytania: "ile masz lat"- patrzyły na mnie, jak na dziecko z gimnazjum, tak też wyglądałam w odrastającej trwałej, jak to zauważyła jedna z imprezowiczek. Od razu uprzedzę, nie była to trwała, a wcześniejsze ślimaczki na głowie, które spowodowały loki na mej głowie.
Zauważyłam, że pełno kobiet do klubów przychodzi, nie tylko, żeby potańczyć, upić się, a może i dać dupy, za przeproszeniem, ale słuchać komplementów. I to nie tylko od mężczyzn, ale od drugiej kobiety. Jeju. jakie to straszne. Tak mało jest pewnych kobiet. Jak na nie patrzyłam, to na takie wyglądały, ale po krótkiej rozmowie...
Sorry, ale mnie nie okłamie. Sama nią jestem. Kobietą.

piątek, 30 listopada 2012

"Wszystko co stałe, rozpływa się w powietrzu"

Dziwne.

To ten tydzień jest dziwny. Dla mnie. Może i dla Was. Na to pytanie sami sobie udzielcie odpowiedzi.
Poniedziałek zaczął się cudownie, wspaniale. No nie wiem, jak mam go określić. Do pewnej godziny…
Zaczęła się rozmowa od słowa do słowa i nagle nie ma nic. Nic. Kompletnie.
W pewnej chwili zdajemy sobie sprawę, że coś straciliśmy, napisaliśmy coś, powiedzieliśmy, co zaważyło na wszystkim. Nie da się tego cofnąć. Chcesz to jakoś wyprostować, wyjaśnić, że emocje Tobą kierowały, że tak naprawdę, wcale tak nie myślałaś. Duma. Duma Tobą kierowała. Chęć prowokacji . Przekonania się, czy naprawdę temu komuś zależy, czy odpuści.
W głowie tyle pytań, żadnej odpowiedzi.


I co się dzieje nagle?

A już piszę. Twoje słowa w magiczny sposób zaczynają być wiarygodne dla tej drugiej osoby. Ona zaczyna w nie wierzyć, gdzie wcześniej pewnie sadziła coś innego.


I co w takiej sytuacji zrobić?


Sama zaczynałaś w nie wierzyć i nagle spowodowałaś, że ta osoba ma wątpliwości i przyznaje Ci rację. Chce mi się krzyczeć!!! Co ja najlepszego zrobiłam. Straciłam coś. Tracę i nie potrafię tego zatrzymać. Jak musi być to silne, żeby przetrwało? Jak? pytam. Wydaje mi się, że dwoje ludzi musi tego chcieć i jak jedno ma wątpliwości to ta druga osoba musi je rozwiać i powiedzieć, kiedy ma przestać. A jak ona zaczyna w  nie wierzyć, to znak, że jednak ona nie chce. I jakiekolwiek słowa nie zostałaby powiedziane do tej osoby, to ona w nie uwierzy mimo tego, że jest to nieprawdą. Szkoda. Mogłoby  być pięknie.
Żałuję tego, co wypowiedziałam właśnie w taki sposób i zmieniło to kierunek mojego życia, choć mogłoby być inaczej. Przepraszam. Słowa cholernie ranią. Nie da się ich zapomnieć ani cofnąć. Tylko dlaczego nie można zacząć od nowa. Spróbować i zastanowić się na spokojnie jeszcze raz nad tym wszystkim. Kończy się tydzień, a ja wciąż myślę o pamiętnym poniedziałku. Nie daje mi to spokoju.

To jest tak, że chcesz, żeby było dobrze. Nie robisz tego na złość. Nigdy.

Wiem w czym tkwi problem. Ja po prostu, nie mogę określić swojej drogi, celów, tożsamości i, co najważniejsze, nie potrafię rozpocząć procesu samorealizacji. Alkohol, dragi itp. środki traktowane, jako sposób na uśmierzanie "bólu istnienia" (a właściwie bólu niewiedzy), jako cel sam w sobie, to labirynt iluzji, ta droga prowadzi donikąd. Dragi, alkohol itp. tak, jak najbardziej, ale wpierw świadomość siebie, swoich celów, a potem dopiero używki jako środek, stosowany z uwagą i szacunkiem dla ducha, do jakiegoś celu (np: dialog z jaźnią, wizja itd., i tylko dragi naturalne, według szamanów każdy drag naturalny posiada swojego manitu
- ducha - energie, która ma swoja świadomość - albo ci pomoże  albo nie, - głupcom (tym którzy są dalej od wiedzy, np. o sobie) nie pomaga. Ale jak ja lubię. To też problem.
Trzeba czytać, dużo, wszystkiego, kierować się intuicją przy poszukiwaniu wiedzy, intuicją filozoficzną psychologiczną, szukać zdobywać wiedzę i medytować, szukać wszędzie, filozofia, psychologia, zwykła literatura, astrologia, numerologia, nawet etykietki na fasoli - będzie dobrze, mam to coś...
Znajomi mówią mi, że wyczuwają we mnie ogromny potencjał, zmagazynowaną energię kreatywną, miłosną, przyjacielską - pro publico bono, pro art (przynajmniej tak im się wydaję), ale nie nastrajam jej pozytywnie, wibruje to cały czas negatywnie, z chwilą gdy zaczynam zastawiać się nad tym co zrobić, żeby ten potencjał wybrzmiewał pozytywnie i co mi przeszkadza w tym, co mnie nastraja negatywnie, będzie to chwila przełomowa - początek dobrej drogi w stronę światła wiedzy, zrozumienia swojego potencjału, tego co wyróżnia mnie na tle papki...

Jestem na skraju choroby psychicznej, podróży do wewnątrz, być może, małej iluminacji odnośnie siebie, jest ciężko, ale taka droga - zobaczymy. Albo-Albo.

Chciałabym coś zrobić, w swym życiu, żeby to było na samej górze, żeby ktoś jak mnie już zabraknie pociągnął to dalej, żeby ludzie mnie wspominali i docenili to co zrobiłam. To jest właśnie działanie w nas intuicji, przeczuwania, jedni nazwą to intuicją psychologiczną, introspekcyjną, inni szczątkowym odczuciem powołania, a jeszcze inni rybą w gardle ( taki żart). Nazwa jest nieważna, liczy się tylko to, że coś tam czuję, a skoro tak, to chcę iść w tym kierunku, po coś się znalazłam na polonie, po coś poznałam takich a nie innych ludzi, po coś czytałam, rozwijałam się, po coś odczuwałam i poszukuję, być może literatura SŁOWO to ma być mój oręż, ale nie pisanie o dupie Maryni, tylko o czymś ważnym, o czymś co pomoże zbudować, idąc za Pilchem, most między tym co tu, a tym co tam...

Tego muszę sama poszukać. Intuicję już mam, zapał, talent wiedzę i wykształcenie to też już jakiś trop.

Bardzo się ciesze, ze zaczęłam pisać bloga, to kolejny krok, obok intuicji  którą mam, teraz po prostu nie odpuszczam, nie wiara jest problemem, na wiarę przyjdzie czas, DETERMINACJA, zawsze będę sobie powtarzała, czy ten facet, ta okoliczność, to miejsce, to zdarzenie może mi dać? czy przybliży mnie do celu mojego? czy tylko zapcha moje ego i potrzebę przyjemności? wszystko niech ma cel w życiu, nie będę marnować już swojego ciała, umysłu, ducha i energii na rzeczy oczywiste, proste i tylko przyjemne, to możesz mieć w każdym momencie....
determinacja, szacunek i świadomość siebie, wiara jest tylko kresem.





wtorek, 20 listopada 2012

"Jestem tam, gdzie nie myślę"- Lacan

I ja też.

Te ostatnie miesiące strasznie mnie dołują. Tak naprawdę nie mogę sobie z tym wszystkim poradzić. Wahania  nastroju od euforii do depresji. Skoki temperatur. Pijaństwo! Ciągłe imprezy. Spanie całymi dniami, zasypanie do pracy. Ja nie wiem, już sama, po co, dlaczego. Czy ja naprawdę tego chcę?!
Jasne, że nie!
To najlepsza ucieczka od problemów, nie wyjaśnionych spraw. Uciekanie w najsłabsze używki, rozrywki.
Zostawiłam wszystko.
Pogubiłam się.
Straciłam sens życia.
Myślałam sobie, że to wszystko załatwi, zmieni moje podejście. ( bo przecież mam dystans do wszystkiego, jestem bezpretensjonalna)
Gówno prawda!
Wcale taka nie jestem...
To przykre.
Jest mi siebie żal.
Nie chcę się użalać już. Ale czasami jest dobrze siebie zrozumieć, zatrzymać się i zastanowić, po co ja to wszystko robię. Przestać się oszukiwać.
Może nadszedł teraz czas, żeby zastanowić się czego chcę od innych, od siebie, od pracy, studiów, rodziny. Co mogę im zaproponować od siebie, jak pomóc.
Możecie się śmiać.
Serio?
Teraz naprawdę mam to za przeproszeniem - gdzieś!

Dużo ostatnio myślałam (tak, myślę). Otaczam się ludźmi z którymi tylko imprezuję. Na palcach mogę wyliczyć tych, którzy chcą mnie posłuchać, a nie moich pierdół. Jakie to smutne. Od dawna wiedziałam, że jestem samotna w tłumie, ale nie wiedziałam, że aż tak bardzo.
Jeju. Ach.

Często obserwuję ludzi. Ich zachowania, to w jakim środowisku się obracają, jakich mają znajomych. Poznaję ich, przypatruję się. Wchodzę do ich domów, rozglądam się i analizuję wszystko. To jak mówią, w jaki sposób, jakich słów używają, jak gestykulują. To bardzo dużo pokazuje. To osobowość człowieka. Nie chcę tu się mądrzyć, ale mało osób zwraca na to uwagę, przez co nie potrafią zrozumieć swoich najbliższych. Nie zauważają ich problemów.
Tak było ze mną, często. W dzieciństwie. Nikt nie potrafił mnie zrozumieć. Nikt nie zauważał, co się ze mną dzieje. Byli ślepi na to. Najlepszym sposobem mojego wyróżniającego się zachowania było nazywanie mnie "dzikuską".
Super podejście, naprawdę.

Dziękuję za skrzywdzenie mnie i nie zrobienie z tym nic.

W pracy dziś, spojrzałam na moich kolegów i koleżanki i zaczęłam się zastawiać. Jacy oni są pogubienie, nie świadomi, a może i świadomi, ale jak oni sami siebie okłamują...

Powiedziałam im to, myślałam, że mnie znienawidzą. Ktoś napisał e-mail, ktoś się popłakał.
Uderzyłam w czuły punk.

Bardzo czuły.




Szukaj na tym blogu